Jak inwestować po chorobie nowotworowej?
Jaki ustalić sobie horyzont inwestycyjny, jeżeli w ogóle?
Jak podejść do tego tematu?
Osobiście mam z tym niemały dylemat.
Problem dotyka czasu inwestycji i wyporności na stratę.
Nigdy nie stanowiła ona większego problemu – toć strata jest dopiero w momencie jej realizacji, do tego czasu to wciąż elementy portfela. Zawsze jest czas na odrobienie strat czy nawet zmianę strategii.
Perspektywa?
Wcześniej – emerytura a potem się zobaczy.
A po chorobie?
No już nie jest tak łatwo.
Szczerze – nie wiem jakie są „perspektywy” i statystyczna długość życia dla osoby po takim leczeniu jak moje I nie spodziewam się tu jednoznacznej odpowiedzi.
Już sama choroba, że padnie akurat na mnie to jak wygrana w totka – no jakaś szansa była, ale kto by tam ją uważał za realną… bynajmniej nie ja.
Myślę, że chyba nawet nie chcę znać „rokowań”, po co mi wiedza, że mogę przeżyć jeszcze 2, 5 czy 10 lat, a może dłużej? Może dorównam do statystyk życia osób zdrowych?
Nie chcę pisać, że w to nie wierzę, bo tak nie można…
Ale boję się – tak, boję się, że ten „koszmar” prędzej czy później do mnie wróci.
I ani wiedza o tym, ze może wrócić ani nadzieja w to, żeby nie wróciło w niczym mi tutaj nie pomaga.
Nie potrafię określić horyzontu, perspektywy i punktu w czasie – np. zbieram 20 lat, bo za 20 lat emeryturka i potrzebuję środki do godnego życia.
Wszystkie te wyliczenia tworzone przez (niegłupich zresztą) autorów i twórców treści finansowych…
Lubiłem to, to takie fajne, proste – np. mam 35 lat, na emeryturę przechodzi się w Polsce w wieku 65 lat (mężczyźni, kobiety: 60) – swoją drogą, gdzie tu ta żarliwa walka o równouprawnieniu? To wątek na osobny wpis – kiedyś sobie na to pozwolę.
No dobra, zatem mając lat 35, mam 30 lat do emerytury.
Średnia długość życia:
„W ubiegłym roku przeciętne trwanie życia mężczyzn w Polsce wyniosło 74,93 roku, a kobiet 82,26 roku”
Zatem po przejściu na emeryturę statystycznie pożyję jeszcze ok. 10 lat.
No to mam 30 lat, żeby odłożyć środki na przeżycie 10 lat.
Czyli tak jakby – 3 miesiące mojej pracy powinny zapewnić mi przetrwanie przez 1 miesiąc.
W obecnym standardzie życia wystarczy określić miesięczne wydatki i odkładać 30% tychże wydatków.
W teorii proste, można teraz manipulować sobie wydatkami – obniżać standard życia, wydłużać czas pracy, itp.
Teoria równie prosta jak przerażająca – no bo jak wyliczyć długość swojego życia i zakładać, że „starczy”…
No i tutaj teraz zacząłem się zastanawiać, bo dotykam problemu, który kiedyś wydawał mi się prosty.
Ale abstrahując na chwilkę od tego – jaką perspektywę zakładać w swoim przypadku…
Nie wiem, czy chcę się w to bawić, chyba chcę od tego uciec w „jakoś to będzie”, ale to z kolei słabo odpowiedzialne, bo nie wiadomo czy będzie, ale jak ktoś kiedyś powiedział – mogę być takim szczęściarzem, że doczekam się sprawdzenia tego dylematu.
No to od drugiej strony – kupmy mieszkanie na kredyt – ale jak długi kredyt, czy dożyję jego spłaty? A jeśli w połowie coś się „zesra”, doczekam nawrotu i wróci konieczność leczenia i znowu wybije mnie to z rynku pracy? Co jeśli stanę się obciążeniem dla rodziny – tak ja jak i kredyt, który zaciągnę, przecież wierzyciele też mają „swoje życie” i potrzebę egzekwowania spełniania świadczenia. Co bank będzie obchodzić, że mam trudności zdrowotne – może jakiegoś człowieka to przez chwilę zastanowi, ale ja jestem/będę tylko rubryką w arkuszu, która prawdopodobnie zaświeci się na czerwono.
Nie chcę zostawić rodziny z obciążeniami, a może jestem już niezdolny do podjęcia ryzyka?
Może jego niepodejmowanie jest jeszcze większym ryzykiem?
Nie wiem…
Naprawdę, nie wiem jak do tego podejść. Wydawało mi się, że jak o tym zacznę pisać, to temat jakoś mi się wyklaruje… Niby coś tam się układa, ale na każdym kroku pojawia się strach – tak o przyszłość jak i o przypadkowe „wywołanie” tego „wilka z lasu” 🙁
Może to właśnie dlatego unikam tak pytań jak i odpowiedzi? Bo nie chcę ich znać, boję się, że się nimi zarażę, że zalęgną mi jeszcze większe niepewności w głowie, które będą tam cichaczem kiełkować i świdrować.
Przyznaję – nie wiem i boję się tego tematu, unikam go jak ognia, jednocześnie „robiąc swoje” i licząc, że „jakoś to będzie”.
Staram się odkładać ile się da – to znaczy limity IKE i IKZE to podstawa, do tego regularne wpłaty miesięcznie na ETF’y, obligacje dla dzieci i… jak tak na to patrzę, to to wszystko jest takie „za mało”, nie myśląc o tym wydaje mi się, że tego jest dużo – a jak spiszę to na „papierze”, to aż się trochę wstyd robi, że to wciąż tak mało żeby po sobie zostawić 🙁
kurde… podszedłem dziś do tego tematu, że wyjdzie jakiś fajny i ciekawy wpis a tymczasem zaczyna mnie to przytłaczać, jakbym wcale nic nie robił, bo za tymi liczbami i planami nie idzie tyle efektów ile bym się spodziewał.
Bo co, napiszę, że odkładam kilka stówek miesięcznie i uważam, że jest dobrze… no nie, nie jest.
Teraz pytanie – czy nie lepiej wydać te kilka stówek na życie, na siebie, rodzinę i wspólną zabawą?
Zawsze raczej byłem takim centusiem z wężami w kieszeni – nie wydajmy, odłóżmy. Po co? Bo jak trafi się okazja inwestycyjna, to żeby być na nią przygotowanym.
I tak, nie mogę zaprzeczyć – kiedyś taka nam się pojawiła.
Właściwie to nawet cztery z czego die przeszły koło nosa A dwie „siadły”.
Co przeszło koło nosa?
– Fajny domek w miejscowości obok, do remontu w kiepściutkim stanie ale cena była śmieszna (licytacja komornicza), dowiedziałem się w dniu licytacji
– Inny fajny domek, unikalne miejsce w mieście obok, przeszło, bo nie byłem finansowo przygotowany.
A co siadło?
– udało nam się kupić mieszkanie od spółdzielni w dobrej cenie, na dołku za jakieś 2/3 wartości. Rudera, ale przecież wystarczył remont.
– udało mi się odłożyć niemałą gotówkę (troszkę przyblokowaną przed szybką wypłatą, ale jednak) – którą „przejadłem” w czasie choroby. A przy okazji, którą mocno podgryzła mi inflacja. Niestety przed tym drugim nie udało się jej ochronić, ale mimo tego, była to wspaniała „poduszka”, „fundusz awaryjny” na ten czas, który zaskoczył każdego z nas…
Więc właściwie, to nie ma co narzekać – jasne, że chciało by się więcej, kto by nie chciał?
Ale udało się to przetrwać, bez długów i problemów finansowych. Dzięki kiedyś podjętym decyzjom, przez te problemy udało się przejść niemalże suchą nogą.
Tylko teraz moje fundamenty na których budowałem tamten „finansowy świat”, skruszyły się i nie mam pomysłu jak do odbudować ani jak przez to przejść…
No bo tak:
dobrze byłby odbudować tę „poduszkę” (nieszczególnie lubię to określenie), żeby móc przygotować się na najgorszy scenariusz
z drugiej jednak strony… boję się tych przygotowań, bo one już z założenia zakładają, że coś się może wydarzyć – kiedyś, budując tę rezerwę finansową tak o tym nie myślałem, po prostu odkładałem, bo zawsze to robiłem, więc nie było w tym jakiegoś innego celu – odkładanie było celem samym w sobie.
Więc może wystarczy do tego wrócić?
Nie planować, nie zakładać perspektywy i horyzontu, wybrać tylko sposób realizacji (w co lokować środki) i po prostu to robić?
Powiem Wam o co chodzi.
Często pojawia się pytanie, czy odłożyć 10.000zł czy zamiast tego wyjechać z rodziną na wakacje i spędzić ten czas razem. Owszem, niekoniecznie będzie to ośrodek ****, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, ale spędzimy ten czas razem – zbudujemy wspomnienia, wywołamy zdjęcia – o… do zdjęć jeszcze kiedyś wrócę.
I to będzie coś, czego nikt nigdy nam nie odbierze…
Albo odłożymy te 10k w jakieś instrumenty, które jeżeli nie pokonają inflacji, już za 10 lat będą warte połowę swojej wartości – i co, wtedy pojedziemy na wymarzone te wakacje? Kiedy dzieci pójdą już „na swoje” i nie będą myślały jeździć na „wczasy pod gruszą” z rodzicami?
„Mama fuj, Tata – weź, nie znasz się, stary jesteś” – czy tego chcę?
No to więc co robić?
Nie ma wyjścia – trzeba znaleźć jakiś złoty środek – mieć ciastko i zjeść ciastko, mieć i rybki i akwarium…
Nie wiem jak. Jak się dowiem, to może jeszcze zdążę Wam napisać xD
