Kategoria: Wspomnienia

Teksty wracające do wydarzeń sprzed lat, bardziej narracyjne, retrospekcyjne

  • Historia jednej blizny

    Historia jednej blizny

    każda blizna ma swoją historię

    Właściwie to tych historii powinno być (i może będzie) kilka – jeszcze do nie tak dawna każdą bliznę po CVC (wkłucie centralne) potrafiłem nazwać i o niej opowiedzieć (jakie historie za nią stały). Teraz te wspomnienia już się zamazują – niektóre blizny faktycznie zniknęły i nie umiejscowię już tych historii na swoim ciele. Ale to chyba dobrze, bo z drugiej strony, nie ma co tego tak rozpamiętywać.

    Dzisiaj o najpóźniejszej bliźnie, a właściwie to tej najświeższej (czyli powstałem jako ostatnia – i ta, która jest najmłodsza).

    Historia ta przypomniała mi się podczas posiedzenia w toalecie. Robi się coraz cieplej, to i ubiór coraz krótszy i tak moją uwagę przykuła moja blizna na udzie – wynik wycinków zmiany skórnej, która pojawiła się niedługo po ostatnim pobycie w szpitali – najpierw była ledwo dostrzegalna, ale sukcesywnie się powiększała i sobie rosła.

    Ostatecznie zaczynała robić się taka ciemna a jej powierzchnia lekko “chropowata”, niczym spalona. gdzieś z pewnością powinienem jeszcze mieć jej zdjęcia. Nawet zakupiłem sobie taki mały / tani mikroskop USB, aby dokładniej obejrzeć te znamię.

    Z jednej strony – niby nic z drugiej, zaczął powoli budzić się niepokój.
    Podczas jednej z wizyt kontrolnych w poradni u lekarza prowadzącego, gdy zapytał czy coś mnie martwi, wskazałem, że raczej nie, może tylko ten rosnący pieprzyk.
    Lekarz po szybkiej weryfikacji zalecił kontakt z dermatologiem – jeśli mam kogoś bliżej, to śmiało ale takiego z odpowiednią aparaturą, aby lekarz mógł dokładnie obejrzeć zmianę pod powiększeniem a nie tylko gołym okiem. Jeśli nie znajdę, to on mi wystawi skierowanie do dermatologa w szpitalu.

    Cóż mogłem wybrać? No jasne, że gdzieś bliżej coś “na miejscu” sobie znajdę – w szpitalu miałem dobrą opiekę, ale naprawdę byłem już zmęczony tym procesem leczenia i chciałem jak najwięcej czasu spędzać u siebie, w domu z dziećmi i rodziną, co wydaje się zrozumiałe.
    Dystans do szpitala / poradni nie był jakiś tragiczny, niemniej jednak każda taka “eskapada”, to jak wyprawa na drugi koniec kraju (chodzi o to poczucie oderwania, dystans robi się wielki, inny świat, kolejki, badania, tłumaczenia “od Annasza do Kajfasza”, inne problemy, inne tempo) – co tu opisywać, wolałem gdzieś u siebie.

    Nie wiem dlaczego się z tego przed sobą tłumaczę – to kolejny problem do przepracowania u siebie, że z każdej decyzji potrzebuję się “tłumaczyć”, albo udowadniać przed sobą, że miałem rację – i dlaczego taką decyzję podjąłem.

    Trafiłem więc do dermatologa, lekarz (lekarka) oceniła to konkretne znamię jak i inne rozsiane i widoczne na całym ciele. Natomiast tę konkretną opisała jako pilną do usunięcia i określiła ją jakoś… “coś, tam coś tam, o charakterze rozbłysku gwiazdy” – jakoś tak xD
    Natomiast, słowo “pilne usunięcie” wzbudziło w nas niemalże niepokój.

    Żona powiedziała, że to jest ten moment w którym należy “wyciągnąć numer telefonu do lekarza z zamrażarki” (dostaliśmy numer tel do lekarza, ale nie do luźnego dzwonienia tylko gdyby naprawdę był potrzebny) – uznaliśmy, że to może być ten moment.
    Szybka odpowiedź od lekarza była taka, że już szuka terminu do chirurga, niestety ten okazał być na urlopie (akurat trafiło na okres świąteczny). Znaleźliśmy chirurga “na miejscu” – tak to nazwijmy, kilkanaście / kilkadziesiąt km od nas, szybka akcja – co prawda trochę się opóźnia, bo pani doktor zażyczyła sobie kolejne badanie – przeciwciała WZW, na nic zdały się zaświadczenia o szczepieniu (chociaż o nie również pytała).

    Zeszło z tym trochę, ostatecznie okazało się ok – kwalifikuję się do wycięcia zmiany.

    Tutaj można jeszcze jedną historię napomnieć – w całym procesie leczenia zawsze była za mną moja Żona, nie odstępowała mnie na krok, zawsze była mi pełnym wsparciem i pomocą we wszelkich decyzjach czy moich “spowolnionych procesach myślowych”. Nie wiem, czy tego wymagałem, czy było to bardziej jako forma wsparcia psychicznego. Tak czy inaczej – bardzo pomagało.

    Niestety przy tej wizycie została w dość szorstki sposób wyproszona z gabinetu. Formalnie nie wiem czy miała prawo ze mną przebywać na takiej wizycie – faktem jest, że było to pierwszy raz, kiedy jakiemuś lekarzowi zaczęło to przeszkadzać – co więcej – w szpitalu na wizytach kontrolnych w poradniach przyszpitalnych, obecność drugiej osoby jest / była wręcz pożądana – będąc na takiej wizycie już sam, lekarz konkretnie wypytał mnie – dlaczego nie przyszedłem z małżonką, dlaczego nie chciałem z nią przyjść (wtedy odpowiedziałem już, że pewnie, że bym chciał, ale Żona w pracy).

    Wracając do wizyty – wycinamy i wysyłamy do hist-pat (badania pod kątem potencjalnych zmian nowotworowych), no i oczywiście, to już samo z siebie budzi szereg wątpliwości i obaw – takie standardowe “na pewno coś znajdą”.

    W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że owa pani chirurg, choć szorstka, to ma reputację fachowca w swoim zawodzie i jej miejsca szycia są zwykle niewidoczne lub mało widoczne.

    No i tak by zapewne było i u mnie, niestety (z mojej winy – o tym za momencik). moja blizna jest niemała ~1,5 x 2cm.
    Dlaczego?
    Oczywiście miałem szanować bliznę i unikać ruchu.
    A przynajmniej w początkowych fazach

    Proste, prawda?
    Dlaczego tego nie zrobiłem?

    Otóż był to mój okres dość dobrego wytrenowania kardio w wyniku częstych i regularnych treningów na trenażerze rowerowym. Przygotowywałem się do takiej “życiowej eskapady” rowerowej z przyjacielem do innego kraju – chcieliśmy pojechać do Chorwacji na rowerach (taka tygodniowa wyprawa). Miałem więc konkretny cel i nie chciałem / nie zamierzałem z niego rezygnować. W głowie miałem zdaje się jedną myśl – jeżeli to jest nawrót i choroba do mnie zmierza, do nie dam się i będę trenował mimo tego, mam jasny cel i zamierzam go osiągnąć!

    Zatem bez względu czy i jak bolało – kręciłem na rowerze, robiłem kilometry / godziny treningów.

    Niestety z wyprawy nici – kolega troszkę mnie “wystawił”, nie wiem jaki miał w tym cel.
    Oficjalnie zrzucił to na fakt, że nie jest jeszcze przygotowany, że buduje małą stadninę koni, która nie jest zautomatyzowana i musi przygotować to i tamto i jak to zrobi, to jego żona będzie w stanie doglądać wszystkiego pod jego nieobecność – niby brzmi rozsądnie, ale nie mam co do tego pewności.
    Moja Żona zasugerowała mi, że może się zwyczajnie bać o mnie czy też jechać ze mną tak daleko – w czasie gdy oczekuję na takie ważne wyniki…
    Pewnie też miała rację.
    Był to też mniej – więcej okres kiedy oczekiwałem na wyniki rekrutacji do swojej obecnej pracy, odwiedziliśmy tego kolegę zdaje się w przeddzień albo po dniu w którym osobiście musiałem pojawić się w siedzibie swojego przyszłego klienta.

    Koniec końców – na żadną wyprawę nie pojechaliśmy, z kolegą ostatecznie kontakt nam się posypał (odzywamy się od wielkiego dzwonu), ale na to miało wpływ jeszcze jedno wydarzenie – krótko tylko – zaprosiłem go na półmaraton, który miał się odbyć na jesień (skoro nie jedziemy rowerem, to może pobiegamy razem?), będzie okazja aby porozmawiać – on wyrażał obawy, że nie wie czy da radę, ja go uspokajałem że na spokojnie, pobiegniemy sobie w tempie konwersacyjnym i będziemy mieli ponad dwie godziny na rozmowy – odparł, że jak najbardziej, bo mamy o czym gadać, co planować – tym samym rozbudził we mnie nadzieję, że nasza wyprawa jeszcze ma rację bytu. Później dodał, że ma problemy w swoim związku i takie wygadanie się na biegu dużo mu da. Jak wyszło na końcu? Pewnie już się drogi czytelniku domyślasz – kolega zostawił mnie na trasie, powiedział mi tylko, że jego “męczy takie wolne bieganie i do zobaczenia na mecie”…

    No i tyle było ze znajomości – faktycznie widzieliśmy się na mecie, ostatnie wspólne zdjęcia, pożegnanie i tyle było z kontaktów, a nie było dnia żebyśmy do siebie nie pisali.

    Żałuję tej przyjaźni – to znaczy żałuję, że tak się rozsypała, nie wiem co źle zrobiłem. Raczej to mi się wydaje, że to ja mam tutaj powody do pretensji, aniżeli on – z drugiej strony zastanawia mnie, jak on na to patrzy, że też zdecydował się nie zabiegać o tę znajomość 🙁
    Fakt jest taki, że miał pracę, która oferowała mu więcej czasu wolnego, bezdzietny – niemalże na emeryturze mundurowej. Tymczasem ja tyle co załapałem się do pracy po kilku latach przestoju zawodowego, małe dzieci – nie miałem tyle czasu aby sprostać jego perz różnym pomysłom “Wspólnych wypadów rowerowych”, on zaczynał też coraz mocniej cisnąć z bieganiem / jazdą na jednodniowe wyprawy rowerowe – kiedy ja od roweru oczekiwałem bardziej rekreacji i takich wypraw po max 100 – 160 km na dzień. On chciał ten limit ciągle podnosić. A ja najwyraźniej nie byłem dobrym partnerem na tego typu aktywność.

    Wracając do blizny – ponieważ nie zastosowałem się do zaleceń lekarza i trenowałem mając szwy na nodze, porozrywałem powoli spajające się tkanki i mam na co sobie zapracowałem 🙁

    Ani wyprawy na Chorwację, ani blizny ładnej 🙁
    Za to największy pozytyw – wyniki hist-pat okazały się negatywne (to znaczy, brak zmian chorobowych).
    Teraz za każdym razem ta blizna mi o tym przypomina.
    Blizny po CVC są, bez lustra, poza jedną niewidoczne – więc rzadko mi cokolwiek przypominają. A ta jedna i największa przypomina mi o niezrealizowanym marzeniu i utraconej przyjaźni…