Kategoria: Życie po leczeniu

Codzienność po chorobie, powrót do „normalności”, kontrola, lęk nawrotu, nowe spojrzenie na życie

  • Cokolwiek robię, powinienem robić coś innego

    Cokolwiek robię, powinienem robić coś innego

    wszystko wydaje się sensowniejsze niż to, co robię teraz

    W ostatnim tekście Jaki jest najsmutniejszy dzień w miesiącu? dotknąłem kilku tematów, które zostawiłem na później – bardziej w formie dygresji.

    Chciałbym się teraz do paru z nich odnieść…

    Wybierzmy któryś z nich, tylko którą dygresję wybrać? Troszkę ich się tam zebrało, weźmy coś luźnego…

    Czytam, czytam… nie ma nic luźnego 🙁

    To może inny temat – poco ja to w ogóle piszę, czy nie lepiej poświęcić czas na coś bardziej konstruktywnego i pozytywnego czy nawet na coś co się “sprzeda” – czy ja chciałbym czytać o tym jakie ktoś miał problemy i z czym się mierzył… Nie wiem, chyba nie i chyba już o tym pisałem w tekście Dlaczego piszę, mimo że nikt może tego nie czytać

    Ale jednak wciąż mnie to gryzie. I muszę przyznać, że nie mam jeszcze odpowiedzi. Czasami próbuję robić coś innego – mam różne takie “poboczne projekty” w które wierzę mniej lub bardziej. I niestety za każdym razem mam dylemat – to się chyba nazywa “paraliż analityczny”, bo ciągle mam wyrzuty, że w innym projekcie byłoby więcej sensu aby go robić, bo tamten jest bardziej perspektywistyczny, ma więcej sensu, że mógłbym mieć dla siebie (czy innych) więcej z jego realizacji – że ta nadzieja jest lepsza / większa.

    Pasowało by przedstawić konkrety aby nad nimi pracować, ale nie wiem czy jestem gotów na “publiczne” opisanie nad czym pracuję – wszystkie moje projekty traktuję bardzo intymnie. Tak jak jedni mają problem rozmawiać o pieniądzach o chorobach – tak ja mam problem rozmawiać o swoich projektach, nie wiem czy się ich wstydzę, czy jak?

    Pewnie tak, pewnie podświadomie boję się, że oceniany – może okaże się, że to co robię jest jakieś mizerne, głupie – a tym samym ja jestem “mizerny”, skoro zajmuję się mizernymi rzeczami?

    Być może i pewnie dlatego nie chcąc się samemu “biczować” mam problem aby o tym pisać?

    Zatem wracając – no tak, piszę sobie, bo to lubię I chyba muszę coraz mocniej mierzyć się z tym, że jest to zajęcie totalnie bezcelowe – bo po co? Kto kiedykolwiek miałby zapoznać się z chociażby jednym słowem tej treści?

    A więc, może trzeba ten temat porzucić i po prostu “robić swoje”, skoro lubię pisać i samo w sobie sprawia mi pewien rodzaj frajdy, to może to powinno wystarczyć?

    Tylko od razu pojawia się dylemat – wyrzut sumienia, że w tym czasie mógłby zrobić / poszukać czegoś, co też sprawiało by niewielką satysfakcję (bo generalnie jest wiele rzeczy, które lubię robić), ale miałoby większą nadzieję na rozwój – i tym samym więcej sensu…

    Może jakiś konkret – bo czas nie jest z gumy, zamiast klepać słowa na bloga, którego nikt nigdy nie przeczyta mógłbym w tym czasie chociażby czytać jakąś książkę, których mam multum czy to w biblioteczce w pokoju, tuż za moimi plecami, czy w czytniku elektronicznym (Czytnik ebooków w szpitalu) w którym jest tego ze dwa razy tyle – i tutaj można od razu dodać, że w ostatnim czasie (w ostatnich latach) przeczytałem znacznie więcej książek z czytnika niż z papieru w sumie książek papierowych… to tak sobie nie przypominam – raczej kupię, bo chcę mieć i “kiedyś przeczytam”, tylko to kiedyś rzadko kiedy nadchodzi, mam wiele napoczętych i niedokończonych pozycji.

    Inny pomysł – “klepać” jakiś swój projekcik (ten jeden z wielu – każda godzina może przybliżać taki projekt do kolejnego punktu milowego)

    Nie wymieniam już takiego całkowitego przepalania czasu za jaki uważam granie w gry (chociaż przyznaję, że lubię) czy oglądania filmów (też lubię, ale tutaj zawsze mam wyrzuty – bo już na początku widzę, że film trwa np. 2 godziny i nim zacznę od razu czuję, że jest mi szkoda tego czasu, dwie godziny zlecą a ja nic konstruktywnego nie wyprodukuję w tym czasie :-(, seriali nie lubię – właśnie dlatego, że to takie niekończące się filmy, które pożerają czas po trochu – zaczynamy od odcinka 30 min a potem trudno skończyć – może inaczej, nie, że nie lubię, ale bardziej “boję się”, że mnie pochłoną na dłużej niż bym chciał). Z filmami/serialami to jest takie proste – godzina, dwie i od razu potrafię ocenić i odrzucić, że szkoda mi tego czasu – a z innymi rzeczami, które nie mają tego wyznacznika jest mi prościej – czyli czytanie książki, praca nad czymś – to nie ma tej “bariery wejścia”, bo nie widzę ile to czasu będzie zajmować, może to być 5 minut, a może być godzina, ale nie ma tego “muszę godzinę czy dwie”, chociaż i to można by obalić – bo tak np. ostatnio naszło mnie na sentymenty i stare filmy, chciałbym obejrzeć Psy, Kilera i coś tam jeszcze… w Tym momencie truchtając od czas udo czasu na bieżni oglądam Seksmisję, “na raty” po jakieś 20-30 minut. Z Żoną też oglądamy “na raty”, bo możemy oglądać tylko jak dzieci położymy do spania – przykładamy dużą wagę, aby chodziły spać wcześniej, aby się wysypiać, bo sen jest b.ważny, natomiast my… zawsze tę godzinkę – dwie później i w tym czasie albo coś posiedzimy razem albo coś obejrzymy – albo ona robi swoje a ja swoje, ale jesteśmy gdzieś blisko siebie, czasami coś obejrzymy – ale tutaj często pojawia się dylemat – co oglądać, nowych pozycji często się boimy, że nam się nie spodobają i pojawią się wyrzuty “zmarnowanego czasu”, w efekcie najczęściej oglądamy coś, co już kiedyś obejrzeliśmy i chcemy sobie to przypomnieć.

    O czym to ja miałem pisać? xD

    Zacząłem, że nikt tego nie czyta i, że piszę tylko dla siebie – takie “rozmawianie z samym sobą”, potem odbiłem w tematy – co robić w “wolnym czasie”, co może mieć więcej sensu…

    I chyba na to pytanie nie umiem sobie odpowiedzieć.

    To od drugiej strony – co bym chciał?

    Chciałbym mieć coś, w co mógłbym inwestować czas / pieniądze / energię, coś w czym czułbym, że każda taka inwestycja – kiedyś się zwróci (w jakikolwiek sposób) – czy to w formie satysfakcji, radości, uśmiechu u innych czy ostatecznie (nie chciałem tego wspominać na początku) finansowo.

    Jestem trochę rozdrobniony – mam, czekajcie, policzę…

    Nie licząc tego bloga, mam…

    Naliczyłem 8 projektów (mniejszych / większych), nad którymi pracuję i które generują “jakieś“ zobowiązania, nie … jednak 9 xD

    Możliwe, że ta liczba by jeszcze urosła.

    W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie stary znajomy, dosłownie “stary znajomy”, gość z którym przeżyłem rok czasu pod jednym dachem, za granicą, pracując dla tej samej firmy, później przepracowaliśmy kolejnych kilka lat.

    Jestem sentymentalny (strasznie) i lubię wracać do chwil, które już były… rozmyślać nad nimi, analizować je – Aaaaa… więc może o to chodzi w tym blogu, że sobie wracam do swoich wspomnień i “przeżywam je na nowo”, może to jakaś forma “mentalnej masturbacji wspomnieniami”, w której przyjemność sprawia mi przeżywanie tego samego po raz kolejny?

    Ale akcja, muszę o tym poczytać 😛

    Kontynuując – zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc, bo rozwija teraz swój projekt i ma problemy natury technicznej – ma od tego człowieka, ale komunikacja z nim “leży” i chciałby go zmienić – a pierwsze o kim pomyślał, to o mnie. Fajnie, bardzo miło, ale ja jestem nie asertywny – wszędzie chciałbym być, wszystko robić, bo wszystko jest fajne, wszystkiego chciałbym spróbować i we wszystkim być dobrym – pisząc to, trochę zazdroszczę gościowi z kanału na YT “do roboty”, bo co chwilę robi coś innego, próbuje nowych rzeczy przy czym robi z tego materiał wideo, co sam za swojej młodości wręcz uwielbiałem… no kurcze, czemu ja na wcześniej nie wpadłem?

    Ale czy byłby wystarczająca charyzmatyczny, aby porwać widownię?

    Albo czy byłbym w stanie w pewnym stopniu stać się taką osobą ”publiczną”?

    Wydaje mi się, że tak – ale kiedyś, teraz chyba już nie (tudzież nie mam pewności , nie mam w to takiej wiary), spróbowałbym, ale mam świadomość, że to droga w jedną stronę, później tego nie da się odkręcić – materiał zostanie w sieci, twarzy nie zmienię…

    No i kolega zapytał – właściwie to on dzwonił do mnie już kwartał temu, ale musiałem mu “odmówić”, bo akurat miałem wtedy nawał przeróżnych innych zobowiązań i powiedziałem mu – w sumie nadal mi głupio, bo zabrzmiało to tak wiecie… chyba nieuprzejmie?

    – to kiedy mogę do ciebie zadzwonić, aby o tym pogadać?

    – za trzy miesiące

    upraszczam dialog, ale mniej – więcej tak to wyszło :-O

    No i gość zadzwonił…

    Co prawda po drodze ja już zacząłem żałować, że nieładnie zrobiłem, że mogłem mu pomóc, ale z drugiej strony dobrze – bo no nie mam kiedy, mam swoje problemy i projekty.

    Ale zadzwonił, pogadaliśmy, pomarudziłem – bo naprawdę, chciałbym, lubię nowe rzeczy, nowe wyzwania. Ale znowu zadzwonił w okresie (weekend), który miałem mocno ”napakowany” zobowiązaniami. Stanęło na tym, że nie wiem – ale po paru dniach (gdy już wszystko miałem “dopięte”) wysłałem mu SMS’a, że działamy! Nie pisałem nic więcej – trochę żałuję, ale to było tak, że napisałem mu, że działamy w momencie gdy te zobowiązania zaczynały się realizować (czyli wszystko przygotowane – finalizujemy). Wcześniej nie mogłem, bo się do nich przygotowywałem.

    Po weekendzie odpisał, że fajnie, ale musi ze wspólnikiem teraz przegadać, NDA przygotować, itp. i to było tydzień temu…

    Trochę się spodziewam, że nic z tego nie wyjdzie, bo jak już temat musi z kimś przegadać, to ja widzę tę rozmowę – a po co, przecież dobrze jest jak jest, po co mamy się dzielić udziałami?

    Tutaj dopowiem, że zasugerował możliwości rozliczenia w projekcie w formie udziałów, bo kasy projekt nie generuje, to taki nazwijmy to “mini startup”. I muszę przyznać, że tym mnie ujął, to do mnie trafiło, bo:

    – od zarabiania mam pracę (sprzedaję czas)

    – udziały to obietnica, nadzieja, coś co mi odpowiada – jak wypali to fajnie, jak nie, no trudno – próbowaliśmy. Poza tym, trudno by mi było “skasować” kumpla swoją normalną “stawką godzinową”…

    Więc temat zaangażowania się w projekt w zamian za udziały brzmi “ponętnie”, no ale chyba nic z tego nie będzie 😛

    No i zacząłem o tym pisać w perspektywie tych projektów w które jestem w jakimś tam stopniu zaangażowany – mniej lub bardziej.

    Skalując:

    bardziej = pracuję w każdej wolnej chwili

    najmniej = kiedyś rozwijałem, projekt zamknięty, ale może by go odgrzać? 😛

    O… jednak 10, kolejny projekt mi się przypomniał

    I te projekty to tak sensie perspektywy – czy mają sens – od mniej sensownych do bardziej, tylko to co mi się podoba nie znaczy, że może zmierzać w kierunku sukcesu.

    Tak czy inaczej, muszę sobie je wszystkie rozpisać i przeanalizować, chociaż nie wiem czy to jest to wykonalne – bo jak już pisałem “wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, więc każdy projekt będzie w moich oczach budował nadzieję, że – to właśnie ten projekt uczyni mnie szczęśliwym, a to chyba nie o to chodzi, chyba nie konkretny projekt tylko podejście do niego?