Jak żyć z myślą, że może się nie udać?

Taka refleksja do wczorajszego wpisu…

Tak teraz myślę, że jest mocno kontrowersyjny i nie wiem czy potencjalny czytelnik zrozumie co miałem na myśli, co mi siedziało w głowie gdy przelewałem tamte myśli na „papier”.

Było to bardzo samolubne z perspektywy – „w końcu się skończyło”, a nie odzwierciedla dramatu po utracie.

Uważam, że żaden z tych argumentów nie przemówiłby do mnie po utracie moich najbliższych – raczej trudno byłoby mi się „cieszyć”, że być im/jej/jemu jest teraz lepiej – kiedy to ja przeżywam taką tragedię i od teraz zostaję ze wszystkim sam…

Myślę, że jest to też jakiś mój „problem”, który wyewoluował (albo raczej powstał) w wyniki wszystkich doświadczeń wynikających z leczenia choroby nowotworowej i tej realnej niepewności jutra a jednocześnie gorącego pragnienia „normalności”.

Czym jest normalność?

Zakładam, że każdy – tak i ja lata temu – nie miałby problemu z odpowiedzeniem na proste pytanie rekrutacyjne:

– gdzie Pan/Pani widzi siebie za 5 lat?

Dość prosto jest udzielić odpowiedzi na to pytanie, prawda?

Przecież każdy z nas jest gdzieś usadowiony, umocowany, zainstalowany – no każdy ma ”swój świat”, rodzinę, przyjaciół, materialnie – stan konta w banku, akcje, obligacje, nieruchomości, jakieś ruchomości i plany i marzenia. Pomysły na dalszy rozwój – tak siebie jak i być może swoich bliskich?

Może studiujesz, uczysz się czegoś – technologii, języka, umiejętności manualnych, kurs prawa jazdy, koparki, pilotażu statków latających – no każdy najpewniej coś ze swoim czasem i życiem robi w związku z tym ma jakieś plany tak na ich realizację jak i wykorzystanie w dalszym życiu…

Wszystko to zakłada jakąś przeszłość:

robię kurs na prawo jazdy, kończę za dwa miesiące, przystępuję do egzaminu, już teraz zbieram na samochód, a on mi jest potrzebny bo: usprawni mój dojazd do pracy / szkoły i sprawi, że będzie mi wygodniej, będę miał więcej czasu (np. zamiast korzystać z komunikacji publicznej).

robię kurs językowy, aby zdobyć certyfikat, który potrzebny mi jest do awansu w pracy / zdobycia wymarzonej pracy, bo chcę władać językiem, bo planuję za dwa lata migrację do innego kraju – a ta migracja z powodów osobistych / materialnych.

Każdy taki przypadek składa się z tego [co robię], [po co] mi to i [co dalej] będę z tym robił…

We wszystkim mamy jakiś swój cel i zasób, jakim jest czas, który możemy na niego przeznaczyć.

Raczej mało kto zastanawia się, nad tym, że tego zasobu może „zabraknąć”.

Wszystko jest w naszym zasięgu – to nie jest kwestia „czy”, tylko „kiedy”.

Przecież – jak żyć z myślą, że może się nie udać?

Powoli docieramy do sedna.

Zatem odpowiedzmy sobie w końcu na to pytanie – gdzie widzi się Pan/Pani za 5 lat?

Otóż… zawsze było to dość proste – no na kolejnych szczeblach rozwoju osobistego, zawodowego i rodzinnego – awans w pracy, mieszkanie, rodzina, dzieci – ich marzenia, jakieś wakacje, swoje przedsięwzięcia i no… „powoli, sukcesywnie do przodu”. Zawsze wierzyłem ,ze któryś z moich „projektów” w końcu zatrybi i pozwoli mi on zbudować niezależność finansową – dla mnie i mojej rodziny.

Proste, prawda?

Potrzebuję na to tylko 5 lat, bo:

– muszę trochę oszczędzić pieniędzy
– bo rozwój projektu wymaga czasu
– bo muszę zdobyć staż / umiejętności w obecny miejscu pracy
załóżmy, że na wszystko potrzebujemy tak ze 3 lata – mamy też margines bezpieczeństwa tych 2 lat (5-3).

Ale teraz zderza się to wszystko z tym, że – tego czasu może jednak nie być. Ponieważ… choroba…

I owszem, każdego z nas może spotkać wypadek i każdy z nas (czego absolutnie nikomu nie życzę) może nie dożyć jutra… jest ku temu cała masa różnych prawdopodbieństw, ale nikt o nich nie myśli, no bo czy zastanawiasz się jakie jest prawdopodobieństwo, że potrąci Cię samochód na pasach dzisiejszego wieczoru? To prawdopodobieństwo jest przecież niezerowe – ktoś w końcu wygra ten „los na loterii” i już go z nami nie będzie – komuś innemu pęknie opona przy dużej prędkości i uszkodzi siebie albo kogoś innego. Nie myślimy o tym, bo boimy się, że to będzie „przyciągać” takie rzeczy…

I ja też tak robiłem, wypierałem wszystkie złe myśli – co może mi się stać?

Mam kochającą rodzinę, wspaniałych rodziców i wsparcie z ich strony, jak mi się noga powinie, to mam na kogo liczyć. Mam dobrą pracę i dobry zawód – co może pójść nie tak? No nic nie może, plan idealny…

A jednak mogło

I tak skończyłem tu gdzie skończyłem, chociaż i tak uważam się za szczęściarza – bo nadal mogę pisać to co teraz piszę, a wielu się nie udało.

Tylko teraz ciężko jest nie myśleć o tym, że to nie wróci…

To tak jakby cały czas analizować czy jednak ten samochód mnie przejedzie czy nie – i jakie to jest prawdopodobieństwo – i codziennie wieczorem cieszyć się, „uf… tym razem się udało”.

Ciężko jest z tym i nie mam pomysłu jak się tego wyzbyć. Staram się o tym nie myśleć w ten sposób, ale nie da się tak zwyczajnie, zero-jedynkowo zapomnieć. Czasami nawet nie wiem od czego zacząć, jak znaleźć z tego wyjście, czasami wszystko traci sens – no bo po co, skoro nie wiadomo czy doczekam efektów?

Ja wiem, że tak nie można, ale to się samo robi.

W dodatku nikomu o tym powiedzieć, bo po co kogoś „zatruwać” swoimi ponurymi myślami, toć każdy ma swoje problemy i swoje życie.