Czuję wyraźnie, że właśnie tego mi brakuje.
Taka dziwna sytuacja, ale warta opisania (jako opisanie rozumiem, swoją analizę – czynioną podczas samego pisania tekstu). Wczoraj moja małżonka coś się pochorowała, więc nazwijmy to “cały dom na mojej głowie”, z wielką ostrożnością i szacunkiem do tych słów.
Bo to małżonka moja wszystko najlepiej ogarnia i jak jeden dzień jej nie ma, to świat się nie zawali – “body in motion stays in motion”, łatwo jest zarządzać dobrze naoliwioną i przygotowaną maszyną – gdy lodówka pełna, ubrania czyste i wyprasowane, wszystko jest a my tylko używamy i ten jeden dzień tata ogarnia zabawę, kolację i kąpiel dzieci, nie zamierzam tutaj niczego nikomu umniejszać, ale to też nie ma być wpis o celebracji tego jak wybornie moja małżonka (oraz inne małżonki) ogarnia ognisko domowe – ten temat zasługiwałby na osobny wpis a i to nie wyczerpie tematu, bo są sytuacje w których słowa to zbyt mało. Chciałem się odnieść tylko do tego, że w takiej sytuacji poczułem, że trochę odzyskałem swoją sprawczość. Lata temu (tak to nazwijmy – “kiedyś”), to ja byłem tym, który wszystko ogarniał, planował i zarządzał.
Teraz jestem tym, który się podporządkowuje, nic nie wie – on jest tylko od roboty. Czasami jest to wygodne, ale w większości przypadków mnie to wkurza, bo.. cokolwiek mam postanowić – to ja nie wiem, muszę skonsultować z małżonką. I nie, nie żalę się, nie piszę tego z wyrzutem, ani nie narzekam na tę sytuację. Po prostu słowa “muszę skonsultować” oznaczają, że nie chcę aby moje jakieś działania i plany kolidowały z tymi rodzinnymi, nad którymi czuwa małżonka. A cały ten zakres niejako przez moją chorobę spadł na nią, jednoosobowo. Dzieci, dom, rodzina, lodówka, pranie, sprzątanie… no długo by tu wymieniać – całe życie naszej rodziny z dnia na dzień spadło TYLKO na jej barki. Mi zostały tylko wybrane, może ”grubsze” (chociaż i tu można by dyskutować),a nie chcę tłumaczyć – dlaczego tak a nie inaczej piszę. Każde tu wpisane słowo należałoby opisać i wytłumaczyć, co za tym stoi.
Prosty przykład, te tzw. ”grubsze wydatki” – czy większym wydatkiem jest wydać jednorazowo kilka tysięcy złotych na ubezpieczenie samochodu czy rachunek za ogrzewanie domu w zimie, czy sukcesywnie po kilkaset złotych co parę dni na zakupy spożywcze w markecie, aby rodzina miała co zjeść. Może się okazać, że jest zupełnie na odwrót i te rachunki po kilka tysięcy złotych, nijak mają się do z pozoru drobnych lecz regularnych “codziennych” wydatków. Mam tego całkowitą świadomość i miejsca braknie aby to wszystko wytłumaczyć…
Przede wszystkim miałem na myśli, że te 80% spraw, już ich nie ważąc, spadło na barki małżonki, podczas gdy mi pozostały te 20%, a resztą miałem zająć się leczeniem i “dochodzeniem do siebie”. To niewyobrażalny komfort i w każdej świadomej chwili doceniam to jak wiele zostało mi dane i z jak olbrzymią pomocą się spotkałem. Sądzę, że żadne pieniądze by tego nie zastąpiły. I często o tym można zapomnieć – gdy jest dobrze, ciepło i puchato mało kto myśli o tych gorszych chwilach i koszcie jaki inni musieli ponieść abym ja mógł się leczyć swobodnie i w swego rodzaju “komforcie”.
Natomiast do czego ostatecznie zmierzam – ta krótka chwila przypomniała mi, że potrafię być sprawczy i w pewnych warunkach (trzeba by się dostosować do takich prozaicznych rzeczy jak chociażby “zatowarowanie” lodówki, żeby było co na kolację zjeść)
Ale dobrze czułem się w tej “sprawczej sytuacji” w której to ja musiałem . mogłem podjąć decyzje – co robimy, jak i kiedy robimy (w co się z dziećmi bawię – jak spędzamy czas po pracy / szkole / przedszkolu), co sobie zjemy na kolację czy i kiedy się kąpiemy – wanna czy prysznic oraz dalsze kroki. Małżonka miała odpoczywać – dochodzić do siebie po jakiejś infekcji.
Czuję wyraźnie, że właśnie tego mi brakuje…
