Cukier, ekrany i dzieciństwo pod prąd
To będzie trochę rozbudowana kwestia — właściwie można by ją podzielić na dwa osobne wątki.
Wraz z Żoną staramy się wychowywać nasze dzieci w rozumianym przez nas sensie „zdrowo”. Ja tutaj jestem chyba trochę bardziej restrykcyjny od małżonki, ale nie czepiajmy się szczegółów.
Chodzi przede wszystkim o słodycze, cukier i słodkie napoje.
Osobiście najchętniej wyeliminowałbym cukier z czego się da. I chociaż jest on moją wielką słabością od dziecka, to wiem, jak wiele problemów mi przysporzył — zęby, strach przed dentystą, a nawet takie sytuacje, że jednego zęba, który już dosłownie się rozpadał, sam „ogarniałem” przy lusterku łazienkowym, bo bardziej bałem się wizyty u dentysty niż samego problemu.
Zdaję sobie sprawę, że cukier jest dziś niemal wszędzie — nawet w ketchupie czy szynce. Nie w każdym produkcie, ale w wielu jednak się pojawia jako sztucznie dodany na etapie produkcji / obróbki. Dlatego wychodzimy z założenia, że nie ma sensu dokładać go jeszcze dodatkowo w postaci żelków, cukierków, ciastek czy słodkich napojów.
W domu mamy zasadę, że słodycze są raczej „od święta”. I faktycznie, gdy przychodzi okres świąteczny, to są łakocie, na które można sobie pozwolić. Z dużą radością i dumą patrzę na to, że nasze dzieci często same rezygnują ze słodkości. Jestem pod wrażeniem, bo ja w ich wieku pewnie nie dałbym rady.
Oczywiście inni robią inaczej — i to jest ich sprawa.
Byliśmy ostatnio na spotkaniu, gdzie inne dzieci, rówieśnicy naszych, jadły garściami ciastka, żelki, cukierki i piły słodkie, gazowane napoje.
Kto co lubi, nie moja sprawa. Natomiast gdy na sugestię, że „to Dzień Dziecka” i są tylko pepsi oraz mirinda, powiedziałem, że my poprosimy wodę, to odniosłem wrażenie, jakbyśmy zrobili coś dziwnego. Może to tylko moje skrzywienie albo nadinterpretacja — trudno powiedzieć.
Podobnie było z fast foodem, który był na miejscu. Grzecznie podziękowaliśmy.
I żeby było jasne — nie jest tak, że nigdy nie jemy tego typu jedzenia. Niestety zdarza się, że będąc w trasie, w kinie z rodziną czy na wycieczce, nie ma za bardzo czego zjeść, więc podjedziemy do Kurczaków z Kentucky czy „Złotych łuków” i zjemy burgera, nuggetsy czy frytki. Boleję nad tym trochę, bo wiem, że nie jest to idealne, ale jednocześnie muszę przyznać: smakuje mi. McChicken czy inny burgerek potrafi być naprawdę dobry xD
Będzie mnóstwo głosów, ze się nie znam, że są obrzydliwe, bo prawdziwe to te craftowane – nie oceniam, nie jestem ani kucharze, ani znawcą, ale mi smakują 😉
Widzę jednak po sobie, że następnego dnia organizm gorzej reaguje na takie jedzenie — sen bywa słabszy, brzuch pracuje inaczej, człowiek nie czuje się tak rześko i świeżo. Dzieciom nie odmawiamy tego w formie zero-jedynkowej, ale też nie chcemy robić z tego codzienności.
W tym całym chaosie próbujemy znaleźć jakiś środek. Czasem wybieramy opcję najmniej złą, bo jesteśmy w trasie, trzeba coś szybko zjeść i przetrwać do momentu, aż na miejscu albo po powrocie do domu zjemy coś normalnego — przygotowanego przez małżonkę albo ewentualnie w restauracji.
Nie chodzi o to, że uważamy się za lepszych. Raczej próbujemy działać świadomie, na tyle, na ile potrafimy. Mamy swoje powody, swoje doświadczenia i swoje obawy. Ktoś inny może mieć inne podejście i nie mnie to oceniać.
Moje jest moje, Twoje jest Twoje — krótka piłka.
Ale idźmy krok dalej.
Dochodzimy do sprzętu elektronicznego.
Tutaj również staramy się dzieciom ten świat ograniczać. W domu nie mamy telewizora, bo nie czujemy takiej potrzeby. Czasami — naprawdę sporadycznie — obejrzy się jakąś bajkę na tablecie albo starym monitorze (mały jak na obecne standardy, leciwy – ale działa.
Funkcjonuje u nas model, że jeśli już coś oglądamy, to raczej w weekend. Ale wtedy często oznacza to wybór: bajka albo wyjście na zewnątrz, przydomowy plac zabaw, trampolina, huśtawka.
„Rybki albo akwarium”.
I na razie nikomu tego nie brakuje. Cieszy nas, że dzieci wolą pobiegać na świeżym powietrzu niż siedzieć na kanapie czy leżeć w łóżku.
Efekt uboczny jest taki, że w przedszkolu dzieci niekoniecznie wiedzą, kim jest Mała Syrenka, Nemo czy inne postacie, które dla ich rówieśników są oczywiste. Nasze dzieci są trochę poza tą sferą.
Czy to lepiej? Nie wiem, ale zaczynam czuć parcie otoczenia…
Wszyscy dookoła mówią, że trzeba ograniczać dostęp do ekranów, nie karmić dzieci bajkami i pilnować czasu przed telefonem czy tabletem. Brzmi sensownie. Tylko z drugiej strony mam czasem wrażenie, że wszyscy o tym mówią, a każdy i tak robi inaczej.
Nie piszę tego z pretensją. Bardziej z pewnym zdziwieniem i zagubieniem. Jeśli wszyscy teoretycznie wiemy, że coś nie jest najlepsze, to dlaczego tak trudno żyć według tej wiedzy?
I tutaj pojawia się moja największa wątpliwość.
My robimy swoje, ale boję się jednej rzeczy: że kiedy nasze dzieci zderzą się mocniej z rówieśnikami, którzy mają dostęp do szeroko rozumianej rozrywki elektronicznej, mogą poczuć się inne. Może nawet wykluczone. Bo nie pogadają o Fortnite, Minecrafcie, Robloxie czy aktualnych bajkach.
Czy robimy dobrze?
Chcę wierzyć, że tak. Ale coraz częściej mam wątpliwości.
