Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie

Znajomy opowiadał mi – właściwie tylko informację taką przekazał, że u niego w firmie właśnie żegnają kolegę, który zmarł nagle w Wielką Sobotę – strażak, prezes jednostki OSP, wieczorem po zejściu z warty przed Grobem Pańskim. 35 lat. Młodszy ode mnie, a to mnie się wdawało, że młody byłem jak zachorowałem…

Niemniej jednak, taka mnie refleksja nadeszła. Z pewnością tragiczna, a jednak myśl taka.

Tragedia niesamowita dla rodziny i bliskich – zostawił żonę, córeczkę i nienarodzonego synka. Dla nich Święta Wielkanocne już na zawsze będą symbolem tej tragedii. W telewizji często słyszymy o tragediach – gdy zginie kilkanaście osób, wtedy to jest wiele tragedii, bo każdy kto odszedł pozostawia za sobą wiele niedokończonych spraw, wiele smutku, żalu i pytań – dlaczego?

Ale tak sobie dumam… poniekąd to (chyba?) dobra śmierć, dla tego, który odszedł. Marne to co prawda pocieszenie dla tych, których pozostawił – żeby nie rzec, że żadne a może i nawet więcej bo jak można tak pisać / myśleć. Pewnie nie powiedziałbym tego nikomu wprost, ale tak sobie tylko myślę – Jeżeli był strażakiem i pełnił wartę honorową przed grobem – z pewnością by dobrym człowiekiem, był zapewne wierzący. Duża szansa, że bym wtedy również w stanie łaski uświęcającej, coś co dla nas, Chrześcijan jest bardzo ważne. Odszedł nagle, nie cierpiał, prawdopodobnie nawet nie wiedział co się dzieje. Po prostu w jednej chwili spotkał się ze Stwórcą. Nie czuł bólu, nie miał żalu do siebie, do innych, nie rozpamiętywał niespełnionych marzeń, niedokończonych spraw… najpewniej nie czuł strachu.

Wierzę, że po śmierci w tej jednej chwili :po drugiej stronie” spotkał tylko Dobro. Może to naprawdę głupio zabrzmi – może to ze mną jest coś nie tak, ale w pewnym sensie mu zazdroszczę. Z tej perspektywy to poniekąd łaska dla niego.

Niemniej jednak olbrzymia tragedia dla jego Rodziny, to jest bezsprzeczne i tak samo bezsprzeczne wydaje się to, że gdyby tylko to od niego zależało, to absoutnie nie zdecydowałby się na takie „wygody” dla siebie.

Nakazuje to zawsze zatrzymać się i pochylić nad kruchością i ułomnością tego świata – w jednej chwili jesteś, tworzysz plany, uśmiechasz się, rozmyślasz co zrobisz wieczorem, jaką zabawą wymyślisz dla swoich bliskich a zaraz Cię już nie ma…

Co robić, aby być dobrze przygotowanym na taką chwilę? I nie chcę tu popadać w skrajny niepokój – czy wszystko mam dopięte, czy wszystko pozałatwiałem, czy zapewniłem rodzinie godne życie gdy mnie zabraknie – jednym słowem, nie da się tego wszystkiego załatwić. Sądzę, że dla jego rodziny nie ma takich pieniędzy, które mógłby tak on jak i ja zostawić swojej rodzinie, aby mieli na lepsze życie bez nas… Tego chyba nie da się oszacować, ile to znaczy „wystarczająco dużo”, to już osobny temat w którym sam chcę wierzyć, że nie ma takiej sumy, za którą moi bliscy by mnie „przehandlowali” albo po której poczuli by się lepiej. Odbiegam w złą stronę.

Chciałem tylko napisać, że dla niego, dla zmarłego strażaka wygląda, że to była dobra śmierć, że zasłużył na nią w pełnym tego słowa znaczeniu. Wierzę, że jest mu teraz lepiej i teraz „z góry” może patrzeć na swoich bliskich i wypraszać u Boga łaski dla swoich bliskich, których pozostawił tu na ziemi.

A dla siebie widzę tylko potwierdzenie słów Ewangelisty Świętego Mateusza: Mt 24, 42

Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie.

I tutaj zaczyna się całą seria dylematów – co robi, jak żyć, jak być dobrym, jak walczyć ze swoimi słabościami, jak unikać grzechów aby po śmierci, która nieuchronnie każdego nas spotka, móc cieszyć się lepszym życiem w niebie.