Kategoria: Codzienność

Pogoda, remont, rutyna, dzieci, dom, zwykły dzień — czyli rzeczy pozornie zwyczajne, ale filtrowane przez doświadczenie

  • Niby mam, a nie mam

    Niby mam, a nie mam

    Pieniądze, które chronią i duszą

    Pamiętacie mój wpis – Jaki jest najsmutniejszy dzień w miesiącu?

    Ten, w którym pisałem, że najtrudniejszy emocjonalnie bywa dla mnie dzień wypłaty — a właściwie dzień, w którym klient opłaca fakturę. Teoretycznie powinien być to moment ulgi, radości, może nawet małego święta. Przelew przyszedł, można odetchnąć.

    A w praktyce?

    Pieniądze pojawiają się na koncie i niemal natychmiast zaczynają znikać.

    Podatki.
    ZUS.
    Księgowość.
    Rachunki.
    Karty kredytowe.
    Oszczędności.
    Zobowiązania.
    I nagle po całym tym „dniu wypłaty” zostaje głównie pytanie:

    — to gdzie one właściwie poszły?

    Tak się składa, że właśnie czekam na kolejny przelew. Termin płatności wypada w niedzielę, więc pewnie pieniądze pojawią się dopiero w poniedziałek. Jest niewielka szansa, że przyjdą wcześniej, w piątek, ale nie nastawiam się.

    I zauważyłem, że mentalnie już je wydałem.

    Jeszcze ich nie ma, a ja już wiem, gdzie pójdą. Już je podzieliłem. Już przypisałem im zadania. Już część z nich opłakałem.

    I zacząłem się zastanawiać: czy można się na taki dzień jakoś przygotować?

    Czy jest już za późno?

    A może przygotować się dopiero na kolejną wypłatę?

    Tylko tutaj od razu pojawia się kolejny problem. Jeśli zacznę planować następną wypłatę, to zaraz zacznę planować kolejną. Potem jeszcze kolejną. Potem lipiec, sierpień, wakacje, ubezpieczenia, święta, opał, przeglądy, szkołę, prezenty, nieprzewidziane wydatki i nagle okaże się, że zaplanowałem życie do końca roku.

    Niby dobrze.

    Tylko że ja się wtedy czuję, jakbym sam sobie zakładał kajdany.

    Bo jeśli każda złotówka ma już swoje miejsce, zanim jeszcze trafi na konto, to gdzie jest przestrzeń na życie?

    Na spontaniczność?
    Na drobną radość?
    Na okazję?
    Na inwestycję?
    Na zwykłe: „pojedźmy gdzieś z dziećmi, bo jest ładna pogoda”?

    A może właśnie tak ma być?

    Może najpierw trzeba mieć plan, budżet awaryjny, poduszkę, koperty, konta, rezerwy i dopiero z tego, co zostanie, żyć?

    No właśnie.

    Z jednej strony wiem, że powinienem planować. Z drugiej strony boję się, że planowanie zmieni się u mnie w kolejne więzienie.

    I chyba właśnie tu jest mój problem.

    Zauważyłem jakiś czas temu, że przestałem się do końca liczyć z wydatkami. Nie w sensie, że rozrzucam pieniądze na lewo i prawo. Raczej w takim sensie, że gdzieś z tyłu głowy mam poczucie:

    — przecież pieniądze są.

    Gdzieś są.

    Trochę na koncie.
    Trochę w obligacjach.
    Trochę na innym rachunku.
    Trochę odłożone.
    Trochę rozproszone.
    Trochę „nie do ruszania”, ale jednak istnieją.

    I to daje dziwne poczucie bezpieczeństwa.

    Teoretycznie stać mnie na wiele rzeczy. Oczywiście nie na wszystko. Nie kupię z dnia na dzień nowego mieszkania. Nie wezmę rodziny na roczną podróż dookoła świata. Nawet miesięczna egzotyczna wyprawa raczej odpada.

    Ale w ramach pewnych granic — coś tam mogę.

    Tylko że zaraz pojawia się druga myśl:

    — nie możesz, bo to jest poduszka.

    I wtedy robi się dziwnie.

    Bo z jednej strony „mam”.
    A z drugiej strony „nie mam”.

    Mam pieniądze, ale nie powinienem ich ruszać.
    Mam oszczędności, ale one nie są do życia.
    Mam zabezpieczenie, ale każde jego użycie wygląda jak porażka.
    Mam środki, ale wydanie ich na weekendowy wyjazd wydaje mi się nieodpowiedzialne.

    I tak stoję między dwiema skrajnościami.

    Pierwsza mówi:

    — spokojnie, stać cię, przecież masz odłożone.

    Druga odpowiada:

    — na nic cię nie stać, bo wszystko drożeje, przyszłość jest niepewna, praca nie jest wieczna, zdrowie nie jest gwarantowane, a poduszka ma być poduszką.

    Czyli klasyczne:

    niby mam, a nie mam.

    I chyba właśnie zgubiłem gdzieś stan pośredni.

    Ten zdrowy środek, w którym człowiek potrafi powiedzieć:

    — tak, oszczędzam, zabezpieczam rodzinę, myślę o przyszłości, ale jednocześnie mogę pozwolić sobie na niektóre wydatki bez poczucia winy.

    U mnie bardzo łatwo wszystko wpada w jedną z dwóch szuflad.

    Albo: odkładać, trzymać, nie ruszać, zabezpieczać się.

    Albo: skoro już wydaliśmy, to i tak po wszystkim.

    Brakuje mi spokojnego środka. Takiego miejsca, w którym pieniądze są narzędziem, a nie wiecznym testem odpowiedzialności.

    I teraz pytanie: czy to jest problem mojego podejścia do finansów?

    Czy raczej spuścizna po chorobie?

    Bo po leczeniu, po całym tym doświadczeniu niepewności, pieniądze przestają być tylko pieniędzmi. One zaczynają być czymś więcej. Są buforem. Tarczą. Planem awaryjnym. Dowodem, że jeśli znowu coś pójdzie źle, to może przynajmniej od tej jednej strony damy radę.

    Tylko że tarcza, której nigdy nie wolno odłożyć, z czasem robi się ciężka.

    Może więc problem nie polega na tym, że za mało oszczędzam.
    Może nawet nie na tym, że za dużo wydaję.

    Może problem polega na tym, że wszystkie pieniądze wrzuciłem do jednej emocjonalnej kategorii: „bezpieczeństwo”.

    A jeśli wszystko ma być bezpieczeństwem, to nic nie może być po prostu życiem.

    Weekend z rodziną?
    Nie, bo poduszka.

    Kino?
    Nie, bo lepiej odłożyć.

    Wyjazd?
    Nie, bo nie wiadomo, co będzie.

    Zakup czegoś dla siebie?
    Nie, bo przecież są ważniejsze rzeczy.

    I wtedy człowiek niby jest rozsądny, ale jednocześnie coraz bardziej zmęczony własną rozsądnością.

    Nie chcę żyć w stylu „przepalmy wszystko, bo jutra może nie być”.
    Ale nie chcę też żyć tak, jakby każde wydane 100 zł było zdradą przyszłości.

    Potrzebuję jakiegoś podziału.

    Nie idealnego budżetu do grudnia. Nie tabelki, która udaje, że życie da się przewidzieć co do złotówki. Raczej prostszego systemu, który rozdzieli pieniądze na role.

    Jedne pieniądze są na obowiązki.
    Drugie na bezpieczeństwo.
    Trzecie na przyszłość.
    Czwarte na normalne życie.

    I chyba tej czwartej kategorii najbardziej mi brakuje.

    Pieniędzy, które można wydać bez wyrzutów sumienia.

    Nie dlatego, że są zbędne.
    Nie dlatego, że „nam się należy”.
    Nie dlatego, że trzeba sobie poprawić humor zakupami.

    Tylko dlatego, że życie nie może być wyłącznie zabezpieczaniem się przed nieszczęściem.

    Może więc na ten najbliższy przelew nie jest jeszcze za późno.

    Może wystarczy, że zanim przyjdzie, zapiszę sobie spokojnie:

    ile idzie na obowiązki,
    ile na podatki,
    ile na rachunki,
    ile na oszczędności,
    ile zostaje na życie.

    I najważniejsze: ile mogę wydać bez poczucia winy.

    Nawet jeśli to będzie mała kwota.

    Może właśnie od tego trzeba zacząć — nie od wielkiej finansowej rewolucji, tylko od przywrócenia sobie prawa do tego, że pieniądze są też po to, żeby czasem po prostu żyć.

    Bo na razie mam wrażenie, że zbudowałem sobie system, w którym pieniądze mają mnie chronić.

    Tylko czasami sam już nie wiem, czy one mnie chronią, czy trzymają za gardło.