Kategoria: Codzienność

Pogoda, remont, rutyna, dzieci, dom, zwykły dzień — czyli rzeczy pozornie zwyczajne, ale filtrowane przez doświadczenie

  • Nowotwór – nic nadzwyczajnego

    Nowotwór – nic nadzwyczajnego

    Czasami słyszy się – że teraz każdy ma kogoś w swoim otoczeniu, kto ma / miał nowotwór.

    A kiedyś tego nie było, że było mniej zachorowań…

    Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy tak jest, nie szukałem i nie czytałem badań na ten temat. Natomiast – „nie znam się, ale wypowiem się” – wydaje mi się, że skala jest porównywalna, ALE diagnostyka znacznie się polepszyła i częściej jesteśmy jako społeczeństwo w stanie postawić diagnozę.

    Kiedyś było tak, jak to kolokwialnie zwykło się mówić w dość niewybrednych słowach – „był chłop, nie ma chłopa”. Toć nierzadkie były przypadki gdy młodzi ludzie umierali i nikt nie wiedział dlaczego – na cmentarzach można znaleźć wiele dowodów na takie sytuacje. Żył 30, 40 lat, itp. – żył normalnie, przewrócił się i zmarł, ot tyle. Nikt nie szukał przyczyny, nikt nie badał, bo co badać jak już nie żyje?

    A teraz… jak niegdyś powiedział mi starszej daty lekarz laryngolog – kiedyś mieliśmy medycynę ratowania życia, teraz mamy medycynę jakości i komfortu życia. Kiedyś ratowało się życie nawet jeśli czynności były drastyczne i radykalne, teraz coraz częściej dąży się do tego, aby pacjent żył w dobrej sprawności i bez bólu.

    Mamy dostęp do licznych, jeszcze nie tak dawno niedostępnych bądź dostępnych tylko dla wybranej grupy „uprzywilejowanych”
    narzędzi i metod diagnostycznych – Tomografia komputerowa, Rezonans Magnetyczny, Angiografia, badania PET. Toć jeszcze parę dekad temu USG było rarytasem i nie wszystkie młode mamy go wykonywały, z obaw, iż może zaszkodzić dziecku. Oczywiście powody w dobrej wierze…

    Zatem nie było tych diagnoz tak wiele – ludzie umierali i nikt nie wiedział dlaczego tak się działo

    Jasna sprawa, te metody diagnostyczne wciąż nie są dla każdego osiągalne – ich ceny wciąż nie każdego dopuszczają, ale nie da się ukryć, że są one znacznie bardziej dostępne niż było to kiedyś.

    Sami jako społeczeństwo też znacznie mniej dbaliśmy o swoje zdrowie jako całość – papierosy (bez filtra), mocne trunki, czy nawet szczepienia wykonywane tą samą igłą, można by wyliczać.

    Dążę do tego, że chociaż część z tych rzeczy ma wpływ na to, że teraz „łatwiej” usłyszeć diagnozę, chociaż nikt jej nie wypatruje – Tutaj rodzi się dodatkowe pytanie:

    czy lepiej ją usłyszeć czy jej nie usłyszeć?

    W sumie to ja mam podobny dylemat, obawiając się nawrotu… ale o tym kiedy indziej.

    Wrócę jeszcze do sedna.

    Teraz nowotwór nie jest niczym wyjątkowym – tych diagnoz jest tak wiele, że praktycznie każdy z nas w swoim otoczeniu, wśród bliskich, rodziny i przyjaciół ma bądź miał kogoś dotkniętego tą chorobą…

    I bynajmniej nie jest to pocieszające, chodzi mi tylko o to, że to już nie czyni z nas „wyjątkowych”, możemy się już co najwyżej ścigać – kto ma rzadszą „odmianę”. Tak wiem – czarny humor.

    Ta myśl nie jest jakąś świeżą w mej zżartej chemioterapią głowie…

    Ostatecznie chciałem dotrzeć do tematu, że właśnie dziś dowiedziałem się, że – kolega, kolegi, czyli w sumie mój też – bardziej „znajomy” niż „kolega”, znamy się pozytywnie, ale nie utrzymujemy regularnych kontaktów (gdyby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie). Jeden z tych „niezniszczalnych”, duży, twardy i mocny „chłop”, twardo stąpający po ziemi w „normalnym” związku – żona, dwójka dzieci – usłyszał swoją diagnozę…

    Współczuję i nie zazdroszczę ani jemu ani jego najbliższym. To zawsze jest cios i taki „kubeł zimnej wody”, jeszcze jak plotka niesie – nieoperowalny, więc pozostaje tylko chemia (może radioterapia?).

    Cokolwiek dalej będzie – mam nadzieję i trzymam kciuki, że terapia będzie dobrze dobrana i odpowiednio wycelowana.

    No i tak… nie ma w tym wpisie żadnego pozytywnego przesłania, może poza tym, że, marne to pocieszenie – ale zawsze, że diagnostykę i samo leczenie mamy na coraz lepszym poziomie.

    Chociaż, gdyby miało to ode mnie zależeć, to życzyłbym każdemu z Was – aby nikt z Was nigdy nie musiał usłyszeć tej diagnozy ani u siebie ani u nikim ze swoich bliskich.