Kategoria: Życie po leczeniu

Codzienność po chorobie, powrót do „normalności”, kontrola, lęk nawrotu, nowe spojrzenie na życie

  • Czy jestem niepotrzebny?

    Czy jestem niepotrzebny?

    Dziś o poczucie utraty sprawczości i bycia coraz mniej potrzebnym - to po co ja właściwie jestem?

    Znów mam “zjazd nastroju” i muszę się gdzieś z tym “wypłakać”.

    Od początku – o co chodzi?

    “Nie chce mi się” – tak bym to ujął najkrócej.

    Nie widzę sensu w pracy i w tym co robię, ale mam tutaj na myśli te przedsięwzięcia poza życiem samym w sobie”, którymi się zajmuję – to znaczy, nie jest tak, że nie chce mi się żyć- to nie tego typu rezygnacja – pogoda za oknem wybitna, można by zrobić “milion różnych rzeczy” a nie uprawiać – jak to powiedział kolega z pracy “fekaloplastyki”…

    Jeszcze wczoraj było wszystko super – świetne samopoczucie, rano dobry trening (a nawet dwa), dowiozłem dokumenty do gminy – pierdoła, ale udało się – zaparkować, dostarczyć bez problemu, zatankować samochód do pełna i wrócić na czasie do pracy. Spotkanie też przebiegło bez większych trudności, ale też bez jakiś szczególnych fajerwerków – niestety nie miałem szczególnie czym się pochwalić.

    Wszystko super, poszedłem wcześnie spać, coś sobie poczytałem – no nie było na co narzekać. Wczoraj był Dzień Matki, więc wraz z dziećmi złożyliśmy życzenia wszystkim “trzem mamom”: moja mama, moja teściowa i mama moich dzieci, czyli moja żona 😀

    nawet dostałem niebagatelny prezent od swoich rodziców z okazji nadchodzącego dnia dziecka 🙂

    Wieczorem żona pojechała z synem na opiekę całodobową, bo podejrzewaliśmy go o ospę, ale okazało się, że nic z tych rzeczy – jest ok, tylko ma “jakąś” wysypkę.

    No to o co chodzi?

    Wydaje mi się, że o dwie rzeczy:

    1. praca zawodowa.

    Czuję się “wypalony” i niestety jest tak od paru lat. Praca nie sprawia mi już taką frajdę jak kiedyś. Poza zarabianiem nie widzę w niej większego sensu i celu…

    To przykre, bo kiedyś pracowałem i robiłem rzeczy dla idei a teraz głównie dla pieniędzy :-/

    Co gorsze, coraz częściej nie czuję, że faktycznie coś zarabiam – wszędobylskie podwyżki + inflacja stylu życia, dzieci, wszystko koszt a moje marzenia o zapewnianiu mojej rodzinie “życia jak z bajki” jakoś nijak się mają i nie wydaje się jakby miały się przybliżać…

    Coraz częściej widzę siebie w takim frazesie – pracownik udaje, że pracuje a pracodawca udaje, że mu płaci (w tej czy odwrotnej wersji) – sens ten sam…

    I niestety o to też mam do siebie żal, że nie staram się w pracy, ale no – jest jak jest. Nie dość, że nie pracuje stricte w tym w czym się zawsze szkoliłem (tylko w czymś podobnym), to jeszcze przez mnogość polityk bezpieczeństwa nie mogę “rozwinąć skrzydeł”, bo – tego nie wolno, tak nie można a w ogóle – to masz robić to i to i nie zadawać dużo pytań.

    Cieszę się mimo wszystko, że mam tę pracę, bo zapewnia mi możliwość “sprzedaży mojego czasu”, na który póki co nie mam lepszego pomysłu – wszystkie moje inne pomysły nie wypaliły i nie są w stanie przynosić mi jakichkolwiek przychodów.

    A te, które jeszcze mam – to nie mogę z nimi “ruszyć z miejsca”.

    Po pracy jestem na tyle wyczerpany, że nie potrafię się nawet ze swoimi dziećmi pobawić – np. pograć w piłkę :-/ “bo jestem zmęczony”. I mam wrażenie, że jakbym zaczął biegać, to zaraz będę musiał sobie usiąść (chociaż kondycję mam w porządku – nie jakaś wybitna, ale jak na standardy biurowe – jest ok).

    Tak panicznie chciałbym “mieć coś swojego” w co mógłbym “zainwestować” czas i pracę.

    Mam kilka pomysłów, ale… no nie mogę drgnąć 😐

    2. straż
    W straż zaangażowałem się dziesięć lat temu, mając dobrą pozycję (praca na to pozwalała i byłem czasowo dostępny – na miejscu), mogłem w razie czego wyskoczyć do akcji, na szkolenie, coś załatwić, itp.

    Zrobiłem prawo jazdy na samochody ciężarowe za własne pieniądze – tylko po to, aby móc samochodem ciężkim jechać do kościoła, bo inne jednostki jeździły i widać je było, a my nie – bo “nie ma komu jeździć”. Do nikogo nie wołałem o zapłatę za czas / kurs.

    Swego czasu byłem najbardziej wyszkoloną osobą w naszej jednostce – miałem robione wszystkie dostępne szkolenia, byłem kimś – myślę, że wielu (o ile nie wszyscy) liczyło się ze mną i moim zdaniem. Tak też po paru latach zostałem prezesem jednostki. Mogę śmiało powiedzieć, że w kolejnych latach zaliczyliśmy wiele sukcesów. jako młody zarząd udało nam się tchnąć życie w trochę podupadającą jednostkę… doszło trochę młodych, MDP ruszyła (i nie przypisuję tych zasług tylko sobie, chociaż wierzę, że dzięki mojemu zaangażowaniu do jednostki napłynęły kolejne osoby, które później jeszcze bardziej zaczęły pewne aspekty rozwijać – mają w tej materii lepsze kwalifikacje).

    No i fajnie, fajnie. Niedługo po tym zachorowałem i wtedy zaczęło się sypać, chociaż jeszcze tego nie dostrzegam. Finalnie – nie mam badań lekarskich uprawniających mnie do wyjazdu, bo lekarka nie chciała mi ich podbić – nie odmówiła, tylko odesłała do innego lekarza, tamten do kolejnego specjalisty i tak sprawa “zdechła”. Pamiętam jedno – jak po rozpoznaniu dokumentacji powiedziała jedno zdanie:

    -” no jam pana nie widzę w tej straży”

    Tan strasznie mi to podcięło skrzydła, że “dochodziłem do siebie” chyba ze dwa tygodnie – może to śmiesznie brzmi, ale “dochodziłem”, to znaczy, że rozchodziło mi się o to i było mi z dnia dzień po prostu smutno i przykro, bo jest w porządku – jestem (na szczęście i dzięki Bogu) zdrowy i mogę funkcjonować normalnie – i potwierdza to mój lekarz prowadzący, ale NIE, nie w oczach tego lekarza…

    Później nawet przystąpiłem do recertyfikacji KPP, ale zrobiłem to “za wcześnie” – i nie mogli mi “kwitu” wystawić – miałem przypomnieć się za rok. No i wszystko byłoby ok, ale “przegapiłem” sobie ten termin – zamiast wpisać 24 września, to ja wpisałem 24 października no i tak cały kurs przepadł…

    Teraz muszę iść na nowy, kompletny kurs KPP – tutaj w paradę wchodzi praca i problemem już jest moja dyspozycyjność czasowa, bo był kurs, ale w tygodniu – a ten weekendowy, to mnie mój (tak, mój własny) naczelnik nie wysłał.

    Teoretycznie nie można mieć do niego pretensji – bo i tak nie mam badań, wiec co mi z KPP, skoro oficjalnie nie mogę wyjechać do działań – więc jasne, że lepiej posłać na kurs tego, który może jeździć – tylko, że to po raz kolejny zabiera mi sprawczość w tej jednostce, bo okazuje się, że jestem “trędowaty”, nikt mnie nie chce, bo nie mam badań a badań też mi nikt nie chce podpisać. Dzwoniłem kilka razy do innej placówki medycznej – aby tam zrobić badania, ostatecznie okazało się, że chyba jest jakaś “zmowa” pomiędzy właścicielami placówek, bo tamci mnie nie przyjmą, bo jestem z innej gminy i mam sobie iść do swojej placówki… no i dupa zbita.

    Wczoraj, będąc w odwiedzinach u mojej mamy, dostałam wiadomość, że radny z naszej miejscowości poprosił abyśmy podlali trawnik na boisku wodą, bo jest sucho…

    W ubiegłym roku dzwoniło mnie  w tej sprawie – teraz już nie. Inna sprawa, że nie widzi mi się taka akcja – bo problem jest taki, że jak korzystamy z tego hydrantu, to tamta część miejscowości “nie ma wody” (drastycznie spada ciśnienie) i wszystkiemu winni są strażacy, no bo to przecież oni wodę zabrali… To raz, dwa – no mamy suszę, i kuźwa, trawnik będziemy podlewać? Naprawdę?

    No tak ale radnemu nie odmówisz, bo później przez głupie boisko on nam powie, że nam nie pomoże…

    Ale dobra, podlejemy – żeby nie było, ale co, teraz to sobie do mnie numeru telefonu zapomniał? Znowu nie jestem potrzebny? Może powinienem się cieszyć, że ktoś inny to za mnie zrobi a nie narzekać?

    Tylko z każdą taką małą rzeczą mam wrażenie, że jestem coraz mniej potrzebny – teraz jestem już tylko po to, bo nie ma (jeszcze) komu tego pociągnąć, ale już na przyszłą kadencję, to nagle się okaże, że i do zarządu już nie jestem potrzebny – i pewno trudno będzie mieć do kogokolwiek o to pretensje, bo po co komu strażak, bez badań i bez prawa do wyjazdów, który na dodatek jest słabo dostępny czasowo – bo praca go trzyma a w weekendy albo mamy jakieś rodzinne wydarzenia albo jeździłem z dziećmi na zajęcia dodatkowe i byłem niedostępny – to też temat na osobny wpis.

    Czuję się niepotrzebny – to chyba najmroczniejsza myśl z tych wszystkich, a to, że mi się czegoś “nie chce”, jest właśnie jej owocem…

    Niektórzy namawiali mnie, abym zrezygnował – i może choroba była do tego dobrym pretekstem, żeby z “twarzą ze sceny zejść”, ale nie … nie honor by mi to było, no bo jak? Ledwo co zajął się prezesowaniem i już(po pierwszej kadencji) rezygnuje – nie poradził sobie.

    Tak, wygląda na to, że przejmuję się zdaniem innych – ale to też ciekawe zjawisko, bo pamiętam doskonale czasy kiedy miałem gdzieś zdanie innych i to co inni myślą o tym co robię. Co się zmieniło? Dużo się zmieniło od tego czasu, ale co konkretnie miało na to taki wpływ, czy da się z tym coś zrobić? czy mogę to jakoś “odkręcić”? Kiedy konkretnie to się wydarzyło?

    Nie wiem, nie wiem, nie wiem…

    Nie mam instrukcji, nie wiem co robić, nie wiem jak przywrócić swoją “dawną świetność”, a świecie w którym się znajduję chyba już się nie da – bo są inne ramy, inne ograniczenia i inne wymagania jakie przede mną postawił mój nowy świat w którym niby nie znalazłem się z dnia na dzień, ale właśnie tak się czuję, jakbym nagle wszystkiego musiał się uczyć od nowa… A wszystko co zrobię, będzie zawsze źle…

    Już kiedyś zauważyłem, że właśnie straż jest powodem moich największych smutków i wahań nastroju. Tylko co z tą wiedzą mogę zrobić?