Przyjaciół poznaje się w biedzie

Kto tego nie słyszał, prawda?

Uczyli nas tego w szkole, ale czymże jest tak bieda i czym może być ta sytuacja w której to tak poznamy tych prawdziwych przyjaciół?

A jeszcze brutalniej – kiedyż to można oddzielić prawdziwe ziarno od plew?

O ile teraz mi to trochę „zwisa”, kolokwialnie i nieelegancko pisząc, to w czasie leczenia (czyli pomiędzy cyklami), rozchodziło mi się o to – że dla wielu moich „przyjaciół”, czyli zwyczajnie ludzi ze swojego otoczenia, których za takich uważałem, zwyczajnie przestałem istnieć…

Oj, jednak do dzisiaj mi się o niektórych rozchodzi…

Bo co mogę myśleć o kolegach i koleżankach z klasy ze szkolnej ławki z którymi przeżyliśmy szkołę średnią, szkołę podstawową czy z niektórymi z nich jeszcze pomiędzy nimi – gimnazjum, albo nawet cześć życia zawodowego…

Nawet ci, do których sam wyciągałem rękę gdy mieli problemy zdrowotne…

Naprawdę, rozchodziło mi się.

Ludzie, których uważałem za przyjaciół, prawdziwych kumpli – ludzie dla których byłem w stanie wiele zrobić i wiele poświęcić…

Nagle przestali istnieć – zero kontaktu, nikt się nie odezwał, nie zapytał nawet „z głupa” – co u Ciebie?

Kiedyś takiego spotkałem – dorosły, poważny człowiek, ważny na lokalnej scenie społecznej. Prawie nic się nie odezwał, dodał jedynie – „wszystko ok, coś tam słyszałem”. No kuźwa… naprawdę?
Wiem, że bez szczegółów ciężko będzie się czytelnikowi odnieść do konkretnych sytuacji… ale nie chcę wyciągać zbyt wielu szczegółów.

Ale tak, rozchodzi mi się – bo ludzie na których liczyłem, zawiedli.

Lecz z drugiej strony okazało się, kto tak naprawdę potrafił okazać zainteresowanie. I niestety wielokrotnie nie potrafię oddać wdzięczności za to, mogło by się wydawać proste i błahe wsparcie… te kilka słów, czasami naprawdę potrafi znaczyć wiele.

Nigdy nie zapomnę tych, którzy odezwali się w trudnych chwilach (i najpewniej nie będąc świadomymi jak wiele to dla mnie znaczyło)…

Tak naprawdę, liczyć można było tylko na najbliższą rodzinę, góra parę osób (na palcach jednej ręki można by policzyć) pozostałych.

Może trochę demonizuję…

Bo jak traktować sytuację gdy należysz do jakiegoś stowarzyszenia (kilkadziesiąt osób) i z tej grupy jedna, dwie osoby się odezwą? To kto pamiętał – te dwie osoby czy cała grupa?

Bardzo rozchodzi mi się o ludzi, których uważałem za przyjaciół z którymi wiele wspólnie robiliśmy, realizowaliśmy jakieś mniejsze bądź większe projekty… A gdy u mnie „było jak było”, to nikt nawet słowa nie napisał – a naprawdę tak niewiele trzeba było.

I tutaj dochodzimy do sedna problemu – nie cieszę się tą garstką osób dla których okazałem się ważny, tylko rozpamiętuję tych, którzy o mnie zapomnieli… głupota, trzeba to zostawić za sobą i zacząć dalej żyć – nie da się jechać do przodu patrząc we wsteczne lusterko. Tylko jak to zrobić, jak zostawić to za sobą i nie mieć żalu do innych? Jak pogodzić się z tym, że się na kimś zawiodłem, że ktoś nie był w stanie zrobić dla mnie tego co ja mógłbym zrobić dla niego…

Czasami chciałbym tym wszystkim powiedzieć w twarz jak bardzo mnie zawiedli, jak bardzo liczyłem na ich wsparcie i prostą głupią rozmowę… Tylko czy kogokolwiek by to obchodziło?

Tak… teraz widzę jak wiele smutku i żalu jeszcze w sobie chowam 🙁