Dlaczego piszę, mimo że nikt może tego nie czytać

To jest dobre pytanie – właściwie jak każde 🙂

A odpowiedź?

Pewnie nie będzie zaskakująca. Chociaż czasami też się nad tym zastanawiam – po co tak właściwie “tracę czas” na klepanie tekstu – po co i do czego jest mi to potrzebne?

Zatem tak właściwie to piszę dla samego siebie.

Piszę,bo lubię pisać, piszę, bo lubię gadać, opowiadać, wspominać a pewnie nie jestem wybitnym mówcą i mało kto chce mnie słuchać – tudzież ileż można słuchać moich “narzekań”?

Nie no, nie jest tak źle, może nie jest tak źle?

Tak czy inaczej – lubię takie swoje “rozkminki”, nie wiem czy to zaleta, chyba nie – bo czasami w niektórych sytuacjach więcej analizuję niż działam, ale sprawia mi to frajdę, a, że nikomu krzywdy tym nie robię, to sobie “dłubię” i piszę.

– Z jednej strony więc lubię pisać, jest to dla mnie pewne wyzwanie – tak emocjonalne jak i intelektualne, ale też nie jakoś wybitnie męczące

– Traktuję to jako “autoterapię”, przepisując myśli “na papier”, mogę je zobaczyć – to znaczy słowa, mogę je przemyśleć i spokojniej się nad nimi zastanowić – spokojniej pod tym względem, że generalnie myślę szybciej niż piszę, więc proces pisania jest procesem wolniejszego myślenia, powoduje uspokojenie natłoku przemyśleń i tych “rozkminek”. Dopóki nikomu to nie przeszkadza, to sobie piszę 🙂

– Gdyby komukolwiek mogło to w jakikolwiek sposób “pomóc”, chociaż nie mam pojęcia jak – nie wiem czy ktoś w podobnej sytuacji do mojej, szukałby takich treści, bo i po co? Ja raczej nie szukałem – raczej, bo na początku swojej “szpitalnej tułaczki”, zaledwie parę razy szukałem informacji. Było to zaledwie parę razy – raz szukając nazwę swojej choroby w sieci, drugi raz szukając informacji jak przetrwać (jak żyć) z nowotworem w trakcie leczenia… I.. właściwie tyle.

NIe szukałem więcej w takim naiwnym poczuciu bezpieczeństwa – im bardziej będę temat wypierał ze swojego życia, tym mniej będzie on w nie zaangażowany, a drugie – może bałem się, że czytając, szukając jakoś jeszcze bardziej “zarażę się” tym co już mnie spotkało? Albo jeszcze nakręcę się na ewentualne alternatywne metod leczenia – a bardzo bałem się aby cokolwiek nie podkopało mojej wiary w sposoby leczenia i leki stosowane przez lekarzy.

Wierzę w to co robią i co dla mnie robili – wierzę w protokół leczenia w obrany kierunek i stosowane leki. Pokładam głęboką wiarę i nadzieję, że to były same dobre decyzje. Ponadto z perspektywy czasu oceniam te decyzje jako dobre i trafione.

Każda rozmowa z lekarzem dawała mi poczucie bezpieczeństwa, że oni naprawdę wiedzą co robią w konfrontacji z chorobą na którą “nie ma lekarstwa”.

Przepraszam, ale znowu odleciałem w dygresję 😉

Wracając – dlaczego piszę? Piszę dla siebie z pełną nadzieją, że może się to komuś kiedyś przydać – nawet jeśli będzie to tylko jedna osoba, to będzie “coś”. Natomiast równolegle nie mam złudzeń, że może to nigdy nie znaleźć żadnego odbioru.

Temat chorób ogólnie rzecz ujmując nie jest szczególnie “fancy”, nie jest fajny – nie czyta się o tym. Z resztą ja sam unikałem tego typu treści, nie chcąc się nimi napełniać, aby przypadkiem się “nie zarazić” (w sensie – “kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one”, czyli jeśli zacznę czytać o chorobach to tak jak było we wszelkich materiałach typu “wiara przyciąga”, sekret, itp.). Nie jest to ani trochę podniecające, leczenie nie wygląda jak w filmach czy serialach z medycznym wątkiem. I chociaż są tam naprawdę świetni specjaliści, to w szpitalnej codzienności nie ma niczego szczególnego czym chcielibyśmy się codziennie karmić – pisząc to mam też takie myśli, że może lepiej byłoby poświęcić ten czas na tworzenie innych, lepszych (bardziej produktywnych, pozytywnych i lepiej sprzedających się treści)?

Sam nie wiem, trzeba by to przemyśleć, przepracować. Na razie tutaj przepracowuję sobie “traumy” związanej z mieszaniem się z chorobą. Każdy z pewnością inaczej podszedłby do tego tematu/problemu…

Nie wiem, może moja droga jeszcze się nie skończyła – obecnie próbuję jakoś to wszystko “przegadać”, przelewając swoje myśli na ten elektroniczny “papier”.

Mógłbym to równie dobrze pisać tylko “do szuflady” i poniekąd tak właśnie jest – ale wiecie… tutaj jest ta taka drobna “nadzieja”, że ktoś kiedyś to przeczyta, że ktoś tutaj trafi 😉

A dla mnie chwilowo ważne jest, aby te rzeczy z siebie “wyrzucić”, licząc, że samo ich napisanie w jakiś sposób “pomoże” i pomaga przede wszystkim tym, że wolniej o nich myślę – bo muszę zastanowić się nad słowami, wklepać odpowiednie litery a jak już wspomniałem – piszę wolniej niż myślę (to nie jakaś wyjątkowa umiejętność – raczej każdy z nas tak ma – dlatego wielu woli np. zadzwonić do kogoś i przegadać niż pisać wiadomości), więc jakiś sens w tym jest 🙂

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Dlaczego piszę, mimo że nikt może tego nie czytać”

  1. […] To może inny temat – poco ja to w ogóle piszę, czy nie lepiej poświęcić czas na coś bardziej konstruktywnego i pozytywnego czy nawet na coś co się “sprzeda” – czy ja chciałbym czytać o tym jakie ktoś miał problemy i z czym się mierzył… Nie wiem, chyba nie i chyba już o tym pisałem w tekście Dlaczego piszę, mimo że nikt może tego nie czytać […]