Autor: Autor

  • Kto mi pozwoli powiedzieć „dość”?

    Kto mi pozwoli powiedzieć „dość”?

    Nie potrafisz dać sobie prawa do powiedzenia „dość”, dopóki nie pojawi się okoliczność, która usprawiedliwia Cię przed innymi i przed samym sobą.

    Jestem przeciążony, spada mi forma, dobiera się do mnie jakaś infekcja, źle śpię i ogólnie „zmordowany” jestem. I wydaje mi się, że to tylko i wyłącznie wina stresu i moich „ambicji” i (nierealnych) celów jakie sam sobie stawiam? A co najlepsze – każdy mógłby powiedzieć – czym Ty się przejmujesz?

    I niestety chyba miałby rację…

    Ale od początku…

    słowem wstępu – trudno jest mi jednoznacznie określić przyczynę obecnego pogorszenia samopoczucia…

    Początkowo mogło by się wydawać, że jest/był to ostatni półmaraton – Cracovia Półmaraton Królewski 2026.

    Przebiegłem 21km (i chociaż dystans ten wielokrotnie pokonywałem w przeszłości, ba mam nawet 2 maratony na swoim koncie), to jednak w ostatnich latach z roku na rok mam gorsze wyniki.

    Chociaż w tym roku biegło mi się dobrze i udało się utrzymać tętno w ryzach, dobrze się bawiłem, to jednak po godzinie biegu było już coraz mniej optymistycznie – jeśli tak można to nazwać 🙂

    Bieg nie był walką o życie, był zabawą w przyjemnym tempie, to jednak ukończyłem go prawie 17 minut gorzej niż rok temu. Niestety nie pamiętam samopoczucia sprzed roku… Teraz było naprawdę dobre, niemniej jednak – moje najdłuższe treningi w ostatnich miesiącach to był właśnie godzinny bieg, więc wydaje mi się, że nie ma się czego doszukiwać – brakło długiego wybiegania i tyle…

    Tak czy inaczej, było to spore obciążenie dla organizmu i można by się spodziewać, że to ono jest powodem pogorszenia samopoczucia, chociaż zakwasy jakieś szczególne to nie były… sen po biegu też był w porządku, popsuło się ciut później.

    Wydaje mi się, że przyczyną jest coś innego…

    Otóż – działam sobie w Ochotniczej Straży Pożarnej, i niestety odkąd pamiętam ,wiele stresów jest właśnie związanych z „pracą” dla tej jednostki. Jakby tak pomyśleć, to mało było sytuacji bezstresowych…

    Bo nawet jak byłem tak tylko zwykłym członkiem, to chcąc coś zdziałać – widząc, że w jednostce nic się nie dzieje, zderzałem się ze ścianą…

    W efekcie gdy coś zrobiłem, zorganizowałem, to potem bałem się, że mnie ktoś „opierdoli” i zwyzywa (a niemało było takich sytuacji).

    Pamiętam jak zorganizowałem akcję sprzątania świata, jak pojechaliśmy na zaproszenie do innej jednostki na szkolenie, jak dostałem się na kurs KPP, jak dostałem klucze do garażu (bo nie mogliśmy wyjechać w nocy – bo nikt nam nie otworzył – następnego dnia dostałem klucze).

    Ale to za każdym razem obawiałem się, no bo tak:

    – akcja sprzątania, wspólne ćwiczenia – był naczelnik powiedział mi dosłownie – „inteligentny jesteś, to coś wymyślisz” – kontekście odmówienia całej akcji, jednej i drugiej.

    – kurs KPP, prosiłem naczelnika aby mnie wysłał, nie zrobił tego, więc poszedłem do prezesa – ten mnie wysłał, no to naczelnik na mnie naskoczył i już zjebka
    – klucze do garażu, dostałem od prezesa, to naczelnik na mnie naskoczył – skąd mam, dlaczego, a po co, a nie mów innym, itp.

    Można by to mnożyć – zawsze coś.
    Już gdy wyszedłem poza te struktury, tzn. sam zostałem osobą decyzyjną, no to się zaczęło, bo tu trzeba jechać coś załatwić, bo tam trzeba jechać, bo to, bo tamto – jakbym nie miał swojego życia czy pracy, tylko był zobligowany do robienia wszystkiego czego ode mnie oczekują…

    Ostatecznie nabrało to dość niebezpiecznego rozpędu, bo już przestawałem sobie z tym radzić i zaczynałem rozmyślać, w jaki sposób mogę od tego „uciec” (każdy pewnie się domyśli co zaczynałem mieć na myśli…) – i przewrotnie, „na szczęście” przyszła choroba, która dała mi jasny pretekst, dlaczego tego wszystkiego NIE MOGĘ teraz zrobić – nie ma mnie, „ZAMKNIĘTE”, proszę czekać. I z tej tylko perspektywy było to wyzwalające.

    No i niestety ale ta straż cały czas „wisi nade mną”, chociaż jestem już po leczeniu, to jednak dalej działam w jednostce, dalej jako osoba decyzyjna i dalej – albo inni ode mnie oczekują, albo tylko tak mi się wydaje. Co tym razem?
    Tym razem „siadły” nam dwa dofinansowania, dwa granty (to znaczy siadło ich więcej, bo sumarycznie 5), ale w czasie gdy 3 są rozliczone i generalnie czekają na potwierdzenie, to weszły dwa kolejne – równocześnie i to na rzeczy, które z jednej strony ja chciałem a z drugiej, „mój” naczelnik chciał… No to jak, ja nie dam rady?

    Jeden grancik jest strasznie „ciasny”, tylko miesiąc na dogranie wszystkiego – strasznie opasły w biurokrację, sporo rzeczy nie wolno – jak np. płatność gotówką / z konta prywatnego i zwrot potem z konta OSP – NIE, musi być wszystko przelewem z konta OSP – rodzi to komplikacje, to znaczy psuje płynność działania, bo narzuca obowiązek dogadywania się z dostawcami (w dodatku projekt wymaga, że mam mieć kilku – żeby było wrażenie konkurencyjności), więc z każdym trzeba dogadać produkty – wynegocjować wysyłkę i fakturę przed zapłatą, dopiero potem zapłacić. Co gorsza, nie można mieć wkładu własnego i nie można robić przesunięć ponad 500zł, więc – „jest ciasno”. To generuje mi bardzo dużo stresu… Jest to projekt na niecałe 8.000zł. No i to mnie strasznie stresuje, czy wszystko ogarnę – jednocześnie pracując i mając „swoje życie”, Straż na siebie nie zarabia, to jest NGO, non profit…

    Pierdoły, ale mnie stresują.

    Niby mam wszystko dograne, ale czuję stres – czy mi się liczby zgodzą…

    Drugi projekt, zakup dwóch aparatów ODO – o te aparaty walczę od kilku lat, zawsze dupa – w końcu się udało! No i wszystko ok, w sumie projekt na 20k z czego 5k wkładu własnego (3 OSP a 2 musimy pozyskać od sponsorów) – do zrobienia, ale w perspektywie tego, że mam jeszcze ten projekt z AED na karku (ten za 8k) w dodatku musimy ogarnąć kalendarze na 2027… poza tym ,”
    wisi” nade mną rozliczenie dwóch innych grantów i czekamy na umowę z jeszcze jednego – poza tym, kopiemy się z gminą…

    Dobra, w tym momencie zadzwoniłem do starego gabinetu psychologicznego i umówiłem się na konsultację (sesję psychoterapeutyczną) – korzystałem z ich pomocy już kilka razy.

    Ostatni raz umówiłem się, ale nie poszło po mojej myśli – miała być konsultacja z inną osobą w sobotę (czułem potrzebę), pani odmówiła i przełożyła na inny dzień (tak, za moją nieasertywną zgodą) – ale jak przyszło co do czego, to mi przeszło… Skusiłem się, bo zaproponowano mi inną terapeutkę niż zawsze korzystałem i uważam, że to był mój błąd.

    Teraz zapisałem się do sprawdzonej specjalistki… bo pisząc w/w tekst doszedłem do wniosku, że ewidentnie sam się zapędziłem w swoje oczekiwania – tak na dobrą sprawę, nikt mi niczego złego nie mówi, nikt po mnie nie jeździ a to ja sam nakręcam sobie spiralę stresu na siebie…

    Muszę coś z tym zrobić a ewidentnie samemu mi to nie wychodzi.

    Poza tym widzę, że odbija się to na rodzinie, gdzie zamiast być opoką dla żony i jej problemów w pracy, to jeszcze przelewam na nią swoje troski… To nie tak powinno wyglądać.

    Wizyta w piątek, online, bo nie mam czasu jak jeździć, online wyskoczę na chwilę z pracy i może damy radę… Chociaż z tego samego powodu kiedyś odmawiałem wizyty – bo perzcież praca. No nic, jakoś muszę to pogodzić…

    Jestem niemal pewien, że to tylko i wyłącznie moje stresy powodują wręcz fizyczne skutki… muszę coś z tym zrobić!

    Kiedyś widziałem taką książkę – Ciało chore z emocji, z nią też zamierzam się zapoznać…

    Dopiero poważna choroba dała mi poczucie, że mam wystarczająco dobre usprawiedliwienie, żeby przestać spełniać oczekiwania innych.