Autor: Autor

  • Cały miesiąc pracy i znowu od zera

    Cały miesiąc pracy i znowu od zera

    Dawno nic nie pisałem, a zabieram się za ten wpis drugi czy trzeci raz.
    W międzyczasie byłem na wakacjach z rodziną – jak do tej pory, najdłuższy urlop jaki do tej pory miałem.
    Bite 15 dni z czego 14 to typowy pobyt poza domem a jeden dzień wyszedł nieplanowanego wolnego, bo musieliśmy o jeden dzień przyspieszyć zwiedzania 🙂

    Nie pisałem nic, bo chyba nie maiłem takiej potrzeby – nie było nic z czym chciałbym się „wyżalić” i „wypłakać” do kartki papieru, acz chciałem o tym napisać.

    Udało mi się nawet przetrwać(to znaczy nie doszło do niej) „depresją po wypłacie” – nie wiem czy o tym już pisałem, ale zauważyłem u siebie takie dwa zjazdy nastroju.
    Pierwszy to ostatni dzień miesiąca, kiedy zamykam miesiąc, muszę przygotować zestawienie wykonanych zadań, przepracowanych godzin, itp.
    I wtedy „widzę” ile wypracowałem, ile swojego czasu sprzedałem – wtedy też powstają zobowiązania podatkowe, niby już wiem ile zapłacę i chyba to jest takie smutne, bo jeszcze pieniędzy nie mam a już zobowiązania mam
    I niestety nie trzymam buforu finansowego, który jest przeznaczony na pokrycie tych zobowiązań.

    To znaczy – mam „poduszkę”, którą w razie czego (np. klient nie opłaca faktury i kopie mnie w d…) mogę na to wykorzystać, ale już mnie to „boli”, bo już widzę, ile muszę z tego oddać państwu… boli mnie VAT, ZUS i US – VAT jest teoretycznie niewidoczny, i o ile ZUS zrozumiem ,bo z racji choroby – korzystałem z dobrodziejstw leczenia, to podatek dochodowy „boli najbardziej”, że muszę płacić za to, ze zarabiam…
    tak samo jak podatek belki (od zysków kapitałowych) – co państwu / systemowi do tego, ze raz zarobione pieniądze trzymam sobie czy to na lokacie czy w gdziekolwiek indziej… już raz za to zapłaciłem.
    To tak jakbym miał codziennie oddawać kromkę chleba z chlebaka – bo trzymam w nim chleb, jakby codziennie ktoś zabierał mi coś tylko z tytułu, że to mam…

    No i już wtedy czuję na ile zostanę „ogolony”.
    Potem przychodzi mi czekać kolejne dwa tygodnie, bo tyle zajmuje klientowi opłacenie faktury – zawsze ostatniego dnia terminu płatności…
    Staram się o tym nie myśleć, ale trochę mnie to wkurza – bo ja swoją robotą już zrobiłem – a tu jeszcze mnie przetrzymują z zapłatą…
    To już kiedyś znajomy jak zatrudnił pierwszego swojego pracownika, powiedział mi, że to fantastyczna rzecz- że tak jakby widział drugiego siebie, który robi jego robotę za darmo – a dopiero po miesiącu mu za to płaci…
    Zawsze też chciałem dojść ze swoim „biznesikiem”, do takiego poziomu, aby mógł zatrudnić człowieka, który zarobi i na siebie i trochę jeszcze na mnie…

    I chyba to jest ten punkt, który mnie ostatecznie dołuje – bo choć lata lecą, ja wciąż nie dotarłem do tego miejsca.

    Drugim „dołem” w ciągu miesiąca jest właśnie dzień wypłaty – dzień przelewu.
    Nierzadko kasa wpada i zaraz wypada – bo tak:

    • płacę wszystkie podatki, VAT, ZUS, US
    • spłacam kartę kredytową, którą przez cały miesiąc płaciłem za wszystko. Poniekąd więc „żyję na kredyt” :-/
    • płacę inne niezbędne wydatki – księgowość, faktury za prąd, gaz, wodę, nieczystości, itp.
    • praktycznie wszystko to co mi zostaje od razu „upłynniam” w jakieś inwestycje kapitałowe (IKE, IKZE, Fundusze, Akcje, Obligacje, ETF’y, itp.)
      i chociaż wszystkie te wydatki są przewidywalne, a ten ostatni to mój „benefit”, większość z tych pieniędzy mogę odzyskać w razie potrzeby – te produkty są „moje”, to jednak efekt jaki widzę jest taki:
      cały miesiąc pracowałem tylko po to, żeby przeżyć…

    I to boli chyba najbardziej, bo z miesiąca na miesiąc nic się nie zmienia. To co wrzucę na te inwestycje, to nie są jakieś potężne kwoty.
    Często niestety większość swoich zarobków „przejadam”, czego efektem jest to, że pod koniec miesiąca często karta kredytowa jest wykorzystana „pod limit”.
    A jak coś sobie „uciułam”, to zawsze coś „pierdolnie” – a to wakacje trzeba wykupić a to coś się zepsuje a to wymyślię sobie jakąś „inwestycję” (np. – zróbmy dzieciom plac zabaw albo – wyremontujmy taras… odnówmy kuchnię, pomalujmy ściany)…
    Zawsze coś…

    No i potem mam takie uczucie, że to wszystko na nic – typowa „syzyfowa praca”, co sobie uzbieram, to „zawsze coś”, zawsze jakiś wydatek, który wyczyści mnie do zera.
    Chociaż chyba powinienem na to patrzeć – że dałem radę, dałem rady wszystko opłacić, wszystko „spiąć w całość” i jeszcze te niespodziewane wydatki udźwignąć…
    Ale mam jednak wrażenie, że to takie życie „od pierwszego do pierwszego”. Mam też nieodparte wrażenie, że za bardzo pozwoliłem sobie wywindować inflację stylu życia – i teraz nie wiem jak z tego zejść „na ziemię” :-/